sobota, 29 lutego 2020

Księga snów (1)

(Z tekstów bieżących)



…włóczę się boso
po bezdrożach snów
błotnistych ścieżkach
między jeziorkami
które nie odbijają gwiazd i księżyców
zaglądam w mroczne zagajniki serca
w poszukiwaniu iskry światła
zapachu mchu, liści, grzybów…

….czekam na Ariadnę
w białym chałacie niewiedzy
która rozplącze kłębek czarnych myśli
przetnie węzeł rozpaczy
błyśnie fleszem uśmiechu
tymczasem wszystko ogarnia mgła
która wtacza się w ciało przez wenflon…

….a teraz czuję ból
szpony słońca w oczach
w ustach węgiel
siostra podaje na dłoni
małą białą tabletkę

Kat (10)



Rolę muezzina i koguta na naszej ulicy odgrywał pan Mech, który potrafił zatrzymać maszynerię nocy i „na rympał” otwierał świt. Brzask rozpoczynał się od monotonnych modlitw jego maszyn. Warsztat składał się z ciemnych hal połączonych arteriami długich, mrocznych korytarzy. Wewnątrz wszystko było przesycone zapachem nafty, oleju, pasty BHP, szmat, sody oczyszczonej, kociej szczyny, spermy, brudu i Bóg wie czym jeszcze… Dokoła połyskiwały stare maszyny do formowania metalu: szlifierki, wiertarki, tokarki, prasy, z ogromnymi kulami na końcach lewarów, imadła, kowadła, piły mechaniczne, a w ostatnim pomieszczeniu, w płomieniach tlenu, stała kuźnia.
Pan Mech był kulawy, milczący, mroczny, zatopiony w sobie. Jego oblicze – wiecznie umazane smarem, brudny kombinezon, dziurawa czapka, buty człapaki na nogach – napawały niepokojem,
a nawet strachem. Podobno w młodości był partyzantem. Grabił wsie, podpalał domy i mordował ludzi, a potem schronił się na Olszy – ale czy to prawda?
Kiedy słońce kładło się na spoczynek, rozparte wygodnie na płaskim dachu mojego dzieciństwa i z nieba – wprost na trawniki – spływały strugi śliwkowego powietrza, zmieszanego ze zgaszonym amarantem ostatnich promieni popołudnia, a w pawilonach ogrodowej ciszy słychać było uderzenia spadających jabłek, przedwieczorny mir, w którym pogrążała się ulica, przerywał wrzask katowanych dzieci i maltretowanej żony pana Mecha.
Dziadek zagroził kiedyś, że wezwie milicję i krzyki z dnia na dzień ustały. Pewnego wieczora zakradłem się do warsztatu, a stamtąd ciasnymi schodkami na piętro. Przez szparę w drzwiach zobaczyłem Jasia Mecha przywiązanego do krzesła, z zawiązanymi ustami. Ojciec bił go pasem. Metodycznie. Raz za razem. Pękała skóra. Po bladych policzkach toczyły się wielkie łzy.

Wiosna

(Z bieżącej produkcji)





W ogrodzie wiosna
micha żółci, brązów, zieleni
na deser
z drzew spada złota manna płatków
zaczesuję siwiznę
czekam na miłość: 
kolejną ziemię obiecaną.


Trupia budka (9)




W powietrzu unosiły się białe cząstki dmuchawców, słońce prażyło upalnie. Zielona budka, stojąca w ogrodzie pana Mokrzyckiego, obiecywała rajskie szczęście. Było tam wszystko: dropsy owocowe po 40 groszy, dropsy czekoladowe po złotówce, lizaki za ciaka, krachla po 1,60, a nawet małe, mleczne czekoladki z wizerunkami kart brydżowych. Rzadko, bo rzadko, trafiała się też chałwa w wielkich kremowych blokach, oplecionych cynfolią. Ale chałwa to było coś, czego nie można było żreć, tylko czym się należało delektować.
„Budziarz” bardzo nas zaciekawił, odkąd dowiedzieliśmy się, że sika nie tak jak inni mężczyźni – siusiakiem, ale nosi na brzuchu mały, stalowy pojemniczek, w którym zbierają się kropelki moczu. Śledziliśmy go w skupieniu, kiedy przyszedł zmienić żarówkę w przedpokoju, zaciekawieni – czy mocz wyleje się na fartuch, którego nigdy nie zdejmował.
Mokrzycki nie lubił dzieci. Brata, który kupił osiem flaszek oranżady, a potem wypił jedna po drugiej, nazywał świrem, choć była to pierwsza próba ustanowienia rekordu Guinnessa na naszej ulicy. Mnie nazywał małym złodziejem, bo ukradłem paczkę zapałek. Kosztowała zaledwie 40 groszy, a ja bardzo chciałem bawić się podpalaniem patyków w szałasie nad rzeką. Ileż rozkoszy można mieć za 40 groszy! Więc powiedziałem: – Zapałki proszę. Rzuciłem na ladę dziesięciogroszówkę, porwałem paczkę i uciekłem.
Pewnego wieczora Budziarz się powiesił. Zawisł w swojej zielonej strażnicy na sznurze, pokrytym najtańszym szarym mydłem, a fioletowy język wypadł mu na brodę. Ostatnie słowa, jakie wypowiedział, brzmiały podobno: – Nadchodzą! Gdybyśmy mieli tyle czekolady, cukierków i wszystkiego, nigdy by nam coś podobnego nie przyszło do głowy. To pan Mokrzycki był wariatem!
– Jak myślisz – zapytał brat z kozetki. – Dziadek się nie rozłoży?
Nie myślałem. Siedząc w salonie, wśród pamiątek przeszłości, rozsnuwałem czas, który wydawał się wiecznością, a był zaledwie mgnieniem oka.

piątek, 28 lutego 2020

Sen II

(Z bieżącej twórczości)



Rodzę się z krwi i ziemi
w jarzeniowych światłach
zawieszonych na galaktykach nadziei
jak supernowa
z rozpaczy i żądzy wprost do śmierci
która pyka w imbryku
skrobie w drzwi
wychyla się zza lampy pyszczkiem kota
udomowiona
zakotwiczona w kościach
na amen

każdego dnia zapadam się
odrobinę głębiej
w labirynt samotności i pustki
w wilgotne trzewia bunkra
gdzie doktor śmierć
wstrzykuje w serce fenol

jestem chirurgiem własnego trupa
jak nauczał Cioran
łagodnie rozsypuję się w bezczas
z uśmiechem białego karła na ustach.


Czas obrazów (8)



Wyszedłem przed dom. Było cicho, skamieniałe ptaki milczały na wieść o śmierci dobrodzieja, który każdego poranka podawał im na porcelanowym talerzyku okruszki chleba, a po południu kawałki żółtego, pachnącego ciasta, pieczonego niestrudzenie od lat przez naszą gospodynię Jadwisię. Był to gest szlachetności i altruizmu, gest skąpca przechowującego dla domowników jedynie sarkazm, ale ptaki, ptaki to co innego, one przypominały mu dzieciństwo...
Spojrzałem na poskręcane, ciężkie od owoców jabłonie. Ileż razy spędzałem wieczory w ich bezpiecznych  ramionach, patrząc na pełgające gwiazdy, śledząc rozrzucone po blejtramie nocy żyrandole blasku, ciesząc się śpiewem świerszczy i gęstym spokojem letnich nocy.
Nagle, z oddali, z głębi uliczki, dał się słyszeć wzbierający warkot silnika. Na motorowerze uzbrojonym w dwa czarne pedały jechał, jak na bitwę pod Wiedniem, starzec w białym trenczu, z długą, siwą czupryną. Majestatyczna sylwetka motocyklisty, złączona z czerwonym mechanizmem dwukołowca, nadawała obrazowi nierzeczywisty, lecz wspaniały wyraz. Tymczasem hrabia, jadąc przed siebie, kłaniał się przechodniom z powagą jak hetman odbierający honory od wojska.
– No chodź – mruknął brat. – Zniesiemy dziadka do piwnicy…
Dni, które nastąpiły potem, kipiały od bogactwa lipca. Wlewały się złotymi promieniami do ogrodu, rozlewały po pokojach, odbijały od ścian i posadzek, aż trafiły do gabinetu luster, gdzie krzyżowały
spojrzenia i oślepiały nas bolesnym blaskiem.
Brat leżał na skórzanej kozetce, ciężko dysząc i popijając wodę z sokiem cytrynowym, a ja zaglądałem powoli do szaf i kredensów, z rozkoszą Robinsona, znajdując dziwaczne przedmioty – cewniki, lewatywy, broszurę: „Jak domową metodą zrobić analizę moczu”, a na końcu zieloną leicę z czasów Wielkiej Wojny, z kompletem filmów, papierów, chemikaliów… W moim życiu zaczynał się czas obrazów.

Śmierć patriarchy (7)


– Jak dawno temu umarłem? – spytał dziadek i… odszedł.
Leżał w łóżku mały jak owad z wyprostowanymi agonią zesztywniałymi kończynami i stwardniałym odwłokiem, bezbronny wobec śmierci, której nie umiał powstrzymać ostrym, chrapliwym głosem oficera Jego Cesarskiej Mości.
– Wyciągnął kopyta – powiedział głucho brat i otworzył powoli skrzypiące okna.
Patrzyłem na to oniemiały, bo życie w naszym domu dyktował rytm umierania dziadka, które trwało 105 lat w sposób niezmienny, ciągły, a równocześnie powolny i niezauważalny.
– Trzeba go chyba umyć – powiedziałem.
Brat wyjął z szafy mundur. – Gdy go ubierzemy, przypniemy ordery – szczególnie ten, który dostał za męstwo – mruknął i zaczął rozbierać zesztywniały odwłok.
– A Sztandar Pracy od Gomułki?
Światło łamało się, wpadając do salonu przez okna. W powietrzu wirowały setki letnich pyłków, wokoło pachniało sokiem malinowym i czeremchą. Nasz wielki dom, o nieznanej liczbie pokoi, skrzypiał jak stary statek, pod naporem lipcowego wiatru i wszystko było nierzeczywiste, nieprawdopodobne, zagadkowe, magiczne – zupełnie jakbyśmy odpływali, razem z dziadkiem, w odległe krainy, ale nie było tak i zdawałem sobie sprawę, że stało się coś nieodwracalnego, coś, w co trudno uwierzyć
i z czym musimy się oswoić.
– Na razie zaniesiemy go do piwnicy powiedziałem – w piwnicy jest
chłodno.

czwartek, 27 lutego 2020

Drzewo domu 6

Nasz dom składał się z niezliczonej liczby korytarzy, przejść, zakamarków, pokojów przechodnich, okien i balkonów…. Wielki, jasny strych, prześwietlony tyczkowatymi strumieniami słońca, wypełniały wiklinowe kosze i drewniane paczki zawierające nierozpakowany posag ciotki. Były tam miedziane rondle, patelnie, zastawy stołowe, stare strzelby, bukłaki na wodę i gorzałkę. Wszystko, co powinno się znaleźć w arce na wypadek potopu.
Piwnice pachniały chłodem i wilgocią. Pokój służącej był przesycony tanimi perfumami, które dobrze komponowały się z mosiężnym łóżkiem, klęcznikiem i wizerunkiem świętej Bronisławy. Z pralni buchała woń szarego mydła i krochmalu. Susznia, pełna wiszących prześcieradeł, stanowiła prawdziwy dziecięcy labirynt – pachniała zabawą. W piwnicy jarzynowej na żelaznym haku kruszał zając, czekający na żelazną maszynkę do mięsa, a w piwnicy koksowej można było bezkarnie biegać po zwałach czarnych kamieni. Bawialnia, gdzie czasem siadaliśmy do Wigilii, wydzielała słodki zapach wilgoci, a palarnia babci, jedyne miejsce odpoczynku w trakcie pracowitego dnia poświęconego zarządzaniu służbą – była zawsze wypełniona dymem.
Życie domowników toczyło się pomiędzy światem pająków, ślimaków i owadów, które opanowały przyziemie, przypominające wielki kadłub drewnianego statku, a światem dzikich pszczół i gołębi,których areną był zakurzony strych.
Najważniejszym punktem i bijącym sercem rezydencji był gabinet dziadka, słynnego lekarza, bohatera wojen, komendanta pociągów sanitarnych i placów opatrunkowych, którego sława sięgała Wiednia, Pragi, Berlina i Budapesztu.
Na piętrze ciągnęły się niezliczone pokoje, w których wypoczywał ten spośród domowników, kto właśnie dopadł łóżka, fotela lub kanapy, bo wszyscy sprawiali wrażenie sennych duchów, które przemieszczały się powoli i majestatycznie popychane delikatnymi podmuchami wiatru.
W czasach, kiedy dorastaliśmy, arka ulegała stopniowej degradacji. Pacjenci zniknęli wskutek braku chorób. Gosposia uciekła z ogrodnikiem. Ogród zarósł zielskiem i z francuskiego zmienił się w angielski. Postępujący upadek, zniszczenie, destrukcja – ze światła i porządku prowadziły nas w ciemne odmęty niebytu i zapomnienia. Umieranie bez śmierci, stan dziwnego letargu, przez całe lata były firmowym znakiem tego domu, w którym zawsze stały zegary. Ich bicie mogłoby bowiem obudzić domowników ze snu zwanego życiem.

Mapa czasu (Fragment 5)



I

Konnica wysypała się z fajki ojca
ułani jechali w siwej mgle
którą wydmuchiwał przez wąskie usta rozpaczy
prosto na biurko, gdzie wiła się błękitna tasiemka rzeki
brzegiem pędzili ułani
w poszarzałych mundurach
pokryci pyłem śmierci
w głąb opowieści
prosto na wrzosowiska zapomnienia
leżące między ubijaczem tytoniu i kryształową popielniczką.
Pamiętam miałem 4 lata
gdy spotkałem nad rzeką widmo żołnierza
nie miał nóg
w dłoni trzymał granat...

II

Na drugim końcu ulicy, w niewielkim zagajniku, biegły pordzewiałe szyny, a dalej wyrastał przepastny siwy dwór hrabiego z obszernym gankiem. Miał ci Jaśnie Pan wspaniałe portrety przodków, starożytne meble, a także muszkiety i karabele, a nawet słynną szablę Kara Mustafy spod Wiednia i czasem, dla fantazji, stojąc w szlafroku, z peleryną siwych włosów, opadających na ramiona spod niedbale założonej szlafmycy, strzelał prosto w niebo, a wówczas ze stajni wybiegał ukochany koń – Rufus – zawsze gotów do szarży…
My, właściciele okolicznych ogrodów, których przodkowie kupili ziemię od rządcy hrabiego Miętty Mikołajewicza de Lavaux, prowadziliśmy rajskie życie. Czarny Anioł był jeszcze daleko, zaszedł na piwo, albo odwiedzał dawno nie widziane miejsca, zeszło mu sto lat z hakiem. 
Powiadają także, że coś się stało z zegarem na wieży ojców karmelitów, w każdym razie czas wyraźnie zwolnił. Cmentarz zarósł zielskiem, drewniane krzyże zbutwiały, a w okolicy rozpowszechniały się herezje o Swarożycu…

III

Lata były gorące, pachniały bzami i piwoniami
spełniały się w gradobiciu czereśni
w powolnym, głośnym plaskaniu spadających grusz
w trzęsieniu ziemi jabłek i orzechów
zimy lute, śnieżne i wesołe
trzeszczały od huku pękających drzew
wiosny wczesne, tęczowe, pełne kolorowych motyli
jesienie nostalgiczne – zatopione w dymie traw i wirowaniu liści...

środa, 26 lutego 2020

Zachód słońca (fragment 4)




...– Gdy-wszy-scy-uma-rną, to dom sta-nie się pu-sty – wykrzykuje w tańcu moja czteroletnia wnuczka Małgosia.
Uśmiecham się…
Tak, jestem już stary i na tyle mądry, że nie wiem, jak żyć.

Ważne jest światło,
wszystkie frakcje
rozłożone na paletach pajęczyn,
rozbłyski słońca w rzece, zapach łąki i taniec ważki
to wszystko jest ważne.
Także skrzypienie okna na strychu, malwy w ogródku, stary patefon, chomąto, pachnące skórą siodło po przodkach…
Tyle już wiem, a więc zostanę zbawiony.

Na starość próbuję się uczyć od wnuczek.

– O, miodek – woła dwuletnia Karolinka, oglądając książkę – bardzo lubię miodek… – O wilk – jaki milutki! Dziewczynki żyją w wiecznym Teraz, co je uwalnia od wstydu za wczoraj i lęku przed jutrem.
Dla nich ważne są okruchy chwil:
obserwacja skrzydeł motyla
przyjaźń ze świerszczem
zaciekawienie pyszczkiem jeża
ciepły wieczór w domku na drzewie.

Powoli brodzę w zmierzchu,
w gabinecie cieni, gdzie umierali dziadek i ojciec,
między stertami nieprzeczytanych książek
magazynów dawno minionych mądrości
kiedy nie było smartfonów, tabletów, Wikipedii i wyroczni delfickiej Google.
Cierpliwie układam się z losem.
Przed rozwodem chciałbym podpisać ugodę.

Za oknem, w ogrodzie, dzień po raz kolejny poddaje się nocy. Wschodzący księżyc ciągnie za sobą sieć tandetnych gwiazd. Takiego wieczoru, miałem chyba 5 lat, leżałem na konarze jabłoni 
i nagle otworzyło się niebo –
ujrzałem w zachwycie –
pędzące po tarczy galaktyk Konie Boga.
Tak było, przysięgam, choć nikt mi nie wierzy…
Potem lekarze zdiagnozowali chorobę:
„nadmiernie wyostrzona wyobraźnia”...



wtorek, 25 lutego 2020

Galaktyka Olsza (3)

Introdukcja

To było
zanim wzeszło pomarańczowe słońce
zanim spadł gorzko-kwaśny deszcz
zanim drzewa w ogrodach podbiegły krwią o zapachu migdałów
rajskie jabłka spadły jak grad
a maliny, orzechy i porzeczki przybrały nadnaturalną postać
zanim uciekły szczury, myszy, ptaki, jeże, kuny, żuki, motyle, pszczoły i koniki polne
zanim nadciągnęła wichura
zanim ruszyły wskazówki w popsutym zegarze na wieży karmelitów bosych
zanim natchniony w uniesieniu pan Matuszewski krzyknął: – Biada! – a potem spadł z drabiny
zanim zwariował koń hrabiego
zanim Białucha wystąpiła z brzegów
zanim w łopocie skrzydeł przemówił przez megafon wielki na pół nieba Inżynier Budowy
zanim przybyli geodeci
zanim zburzono, zaorano, przyklepano
zanim dźwignięto bloki
zanim pojawili się głusi – ślepi – niemi ze słuchawkami na uszach i telefonami w dłoniach.
To wszystko zdarzyło się wcześniej.
Pomiędzy rzeką, cmentarzem i dworem
między piekłem i niebem
wiecznością i teraźniejszością
dawno temu.
Z tamtych czasów pozostał tylko szaman. Mieszka w szałasie nad rzeką, łapie ryby na rękę, pali zakazane ogniska, nocami przesiaduje z flaszką taniego wina, wpatrzony w ogień. Ciągle opędza się przed policją, według której, jako bezdomny i margines społeczny, zakłóca harmonię otoczenia.
Złoty ząb w czarnym grobie osiedla.

Planeta Olsza
Nasze osiedle to była osobna planeta zatopiona w czasie, może w fin de siecle’u, a może w międzywojniu, bo kiedy inni od dawna oglądali telewizję i używali elektrycznych maszynek do golenia, my wciąż jeszcze słuchaliśmy patefonu i goliliśmy się brzytwą w zakładzie fryzjerskim „U szefa”.
Mieszkańcy Olszy ubierali się zgodnie z archaiczną modą z pożółkłych żurnali, które gromadził w drewnianej skrzyni krawiec Szymacha. Mężczyźni nosili spodnie – pumpki, pulowery, płaszcze i meloniki, kobiety długie suknie i parasolki obramowane koronkami. Cykliści jeździli kolarzówkami z odwróconymi ślimakami kierownic, panie na damkach z zabudowanymi wachlarzami. Węglarze głośno pokrzykiwali z kozłów wysokich platform: – Wągli, wągli!!! Domokrążcy ostrzyli noże. Wiejskie baby, dźwigające kosze pełne jaj, serów i śmietany w przepaściach wielkich, białych chust – dostarczały pachnące smakołyki prosto na stoły panien służących.
Zdarzało się, że na nadrzeczne błonia wypadał szwadron wojska i znikał nagle we mgle, w okolicach fabryki Wandera, jak fantom Wielkiej Wojny.
Miejscowy artysta – Michał – zbudował sięgającą nieba drabinę, a potem skoczył na złotym spadochronie i wylądował w Paryżu.
Partyzant, który ukrywał się od czasów II wojny światowej w olchowym zagajniku, został aresztowany przez milicję.
Na Olszy działo się wiele spraw dziwnych i niewyjaśnionych.
Nasza ulica była matecznikiem wielkich, białych motyli, które nigdzie indziej na świecie nie występowały. Kwiaty pachniały tu mocniej, drzewa były wyższe, a zieleń znacznie bardziej soczysta niż w innych krainach. Gwiazdy świeciły jak latarnie, noc rozświetlał miedziany księżyc, wielki jak miednica u pani Miniek. A komety przelatywały tak nisko, że można je było łapać w dłonie.
Tylko na cmentarz było daleko. Bywało, że niektórzy wyruszali z domów jeszcze jako dzieci, dorastali po drodze – hartując się w bitwach na proce i lufki z plasteliną, toczonych nieustannie w tryskających zielenią obozach nad rzeką – siwieli w okolicach placu targowego, a kiedy docierali na miejsce, byli już starymi, pomarszczonymi, bezzębnymi ludźmi, którzy większą część życia mieli poza sobą. Niektórzy kładli się w otwartych grobach i zasypiali. Choć sezon śmierci na naszej ulicy wcale się jeszcze nie rozpoczął…


DOM (2)




Zaginiona arka -
we mgle niepamięci
płynąca przez zakola czasu
rzeką przeznaczeń
w światy i zaświaty
przez kręgi nieb i piekieł
jak raniący metal.

Ostatni przystanek  -
tu kończyli wszyscy: dziadek w fotelu, ciotka na sedesie, babcia w kuchni, wujek na wersalce, mama przy maszynie do szycia, ojciec zakopany po uszy w łożu boleści…
mieli gipsowe, niewyraźne miny, kiedy odchodzili
znikały ich psy, koty, małpka Fago, papuga Ara, nie wspominając o niedzielnych kogutach uśmiercanych obuchem siekiery – na rosół!
Jak żyli - odchodzili.

Bezpieczny port -
Na spotkanie z życiem wychodzili z godnością, wyprostowani, ze skórzanymi teczkami, najważniejsze było zawinięte w pergamin drugie śniadanie.
Coś tam robili – urzędowali, przybijali, wysyłali, odbierali
wracali
bo musieli
na kolację.

Salon –
bufety zimne i gorące, wódki, wina, koniaki, ta pieczeń to palce lizać pani doktorowo, jakie kruche mięsko, jakie ziemniaczki, widać, że bez chemii, jaka pyszna szarlotka…
wuj grał na fortepianie marki steinway
za głośno
ale goście i tak ulatywali w siódme nieba
w mrok ogrodu
skąd w wieczornej ciszy dobiegał szelest moczu.

Ogród –
Raj babci, zagajnik dzieciństwa, pełen pachnących kwiatów i zakazanych owoców z drzewa dobrego i złego - Nie jedz tych orzechów, bo to są orzechy do tortu, nie zrywaj czereśni, wolę kupić na targu, a jabłka będą na szarlotkę i nie ośmielajcie się grać w piłkę, bo podepczecie trawniki…

Izba tortur  -
dorośli obserwowali nas z wysokich wieżyczek
przez wścibskie lornetki
krzyczeli przez megafony niezrozumienia
kiedyś na mikołaja zaprosili diabła
miał dwa metry wzrostu
potrząsał łańcuchem
kiedy odczytał wyrok zlałem się ze strachu
- Bydlaki, niszczarze - mamrotał sam do siebie dziadek.
………………………………………………………..
W moim domu wszyscy się ukrywali
przed czujnym okiem starców,
którzy obrywali im resztki skrzydeł,
w moim domu nie można było być szczęśliwym.

poniedziałek, 24 lutego 2020

Koniec świata na mojej ulicy (1)



Osiedle Urzędnicze. Kraków. Lata dwudzieste minionego wieku. Prawdziwy koniec ówczesnego świata. Rezydencja dziadka dopiero powstaje. Na razie przestrzeń oddycha jedynie młodym wiatrem, który uderza rytmicznie o prowizoryczne ogrodzenie z desek.
Z prawej – wzdłuż rzeczki zwanej Młynówką - tanecznie kołyszą się zielone olchy. Na wprost: powstającą ulicą, w kłębach błękitnego dymu, jeździ na motorze hrabia Potocki, który ofiarował ziemię urzędnikom. Z wdzięczności mieszkańcy osiedla budują rondo Potockich. Dziadek jest jedynym w okolicy lekarzem i jedynym posiadaczem samochodu – opla olimpii. Mimo że wciąż walczy z chorobami, dożyje w zdrowiu 105 lat.
W przyszłości dom odwiedzą znani artyści: Sławomir Mrożek, Wisława Szymborska, Wilhelm Mach, Stefan Otwinowski, Michał Rusinek, prof. Ewa Bukojemska, Roman Kowal, prof. Helena Łazarska. Poeta Józef Baran porówna rezydencję do rozgałęzionego drzewa, pełnego dziwnych przejść i tajemniczych korytarzy. W programie zwiedzania obowiązkowa rozmowa z dziadkiem o sekretach długowieczności.
Na zdjęciu pierwsze dni stworzenia – pulsują radością...
I chyba tylko to jest prawdą.

niedziela, 23 lutego 2020

W drodze do Compostelli


Jesteśmy za pan brat
długa droga kawał szmat  
po łąkach i rzekach
samochodem Houellbecqa
kroiłem świat.

Wódka w Sejnach piwo w Cieszynie seks na weselu w Borzęcinie…
w deszcz śnieg w bezkres bezczas.

Kraksy przeżyliśmy liczne:
- strata zysku z wyzysku
- wymuszanie pierwszeństwa w małżeństwach
a po dachowaniu - lifting w psychiatryku
natrętna myśl o złomowisku…

Kiedy zapach asfaltu w południe
miękkie drganie powietrza
na linii wzroku katedra w Koln
wyciąga dłonie do nieba
w pielgrzymce do św. Jakuba
ja i G-500
poobijani jak trzeba.