niedziela, 27 września 2020

Koniec świata na mojej ulicy

 


Wkrótce na rynku księgarskim nakładem Wydawnictwa Austeria ukaże się zbiór prozy poetyckiej Jakuba Ciećkiewicza pomalowanej artystycznymi zdjęciami Krakowa: „Koniec świata na mojej ulicy”, który serdecznie polecamy Waszej uwadze.

Promocja: Pierwsze spotkanie w internecie 22 października o 18.00 Biblioteka Kraków, Salon Literacki.

Jakub Ciećkiewicz: wielozawodowiec. Krakowski dziennikarz, fotograf, reporter, redaktor i taksówkarz. Poeta i astrolog. Podróżnik, znawca Afryki, członek Polskiego Towarzystwa Afrykanistycznego. Autor albumu „Światło Kraków” 2005 r.

 Adam Ziemianin: „Koniec świata na mojej ulicy" Jakuba Ciećkiewicza wciąga jak dobre wino, że aż pić się chce. Lektura tej prozy poetyckiej to prawdziwa uczta duchowa. Mieni się pełną paletą odcieni: bogatą wyobraźnią, jędrnym językiem i humorem najwyższej próby.

To co Ciećkiewicz wydobył z zakamarków rodzinnego domu i jak trafnie i przekornie przedstawił jego domowników jest godne podziwu. Galeria sąsiadów, miejscowych dziwaków i wszelkich typów "spod ciemnej gwiazdy" nie tylko tych z Olszy, to też majstersztyk Jakuba. I niepowtarzalny klimat! Warto zanurzyć się w ten świat. Gorąco polecam.

Józef Baran: „Największym walorem tej znakomitej prozo-poezji jest jej świeży, jędrny język, oryginalna metaforyka, niezwykła ekspresyjność, a także swoista rytmika i obrazowość. Humor miesza się z nostalgią, dramatyzm z komizmem…”

 

Dziennik Polski o książce: https://dziennikpolski24.pl/koniec.../ar/c15-15079387...

Radio Kraków o książce: http://www.radiokrakow.pl/audycje/kolo-kultury-literatura-i-sztuka-ksiazki/koniec-swiata-na-mojej-ulicy/?fbclid=IwAR0gnUVqqwlMO4lOtpxG6HoZ9M-XF8CQ_ryeHOyVMFHqNm2LI8PgOhGtBaA/

Jakub Ciećkiewicz

 Pies spod ciemnej gwiazdy

 Świt był mroźny, twardy, nieprzystępny. Suche powietrze, zamknięte w wielkich, brudnych taflach, spadało bezszelestnie z dachów kamienic. Wędrowałem przez Rynek zanurzony w stertach śmieci porzuconych przez nocnych balowiczów, w resztkach jedzenia, w papierach, w trzasku plastikowych kubków, pękających miękko pod ciężarem obcasów. Nagle, w okolicach Bramy Floriańskiej zobaczyłem bezpańskiego kundla, który tak łapczywie żarł hamburgera z białym sosem, że nawet mnie nie zauważył. To był psi żebrak, wieczny tułacz, poszukiwacz szczęścia, wolny kloszard. Ale to mógł być również Duch miasta, nie jestem pewien, trudno orzec, bo Duch ujawnia się w różnych miejscach, w piwnicy, na wieży, w gabinecie redaktora naczelnego… chociaż nie każdemu.

Widział go Stanisław Wyspiański, kiedy stał na Plantach w blasku sodowych latarni, w karuzeli tańczących obrazów; była późna jesień, padał lodowaty deszcz, który wielkimi kroplami wpadał za kołnierze, niebo uginało się pod ciężarem gwiazd, a złote komety przelatywały z cichym pomrukiem jak bombowce. Chyba go wtenczas fotografowałem?

Czułem zmęczenie po nieprzespanej nocy. Myśli miały strukturę mgły. Płynęły, układając się w mleczne frakcje jedna nad drugą. Lekkie. Miękkie jak kawałki ciasta zwanego buchtą, które dawniej powszechnie sprzedawano w cukierniach. W środku była marmolada.

Ukląkłem. Złożyłem się. Wiedziałem, że muszę objąć obiektywem Bramę Floriańską i psa, dołożyć światła a potem... fotografować w zielono-brązowiejących duotonach. Nacisnąłem. Trzask. Znalazłem się na pograniczu czasu. Pomiędzy fakturą a podszewką. W pułapce. W miejscu, z którego można nie powrócić.