sobota, 17 kwietnia 2021

Aresztowanie

 

Świt powoli przełamywał się z nocą. Rozwijał wachlarz coraz mocniejszych frakcji światła, które z każdą minutą jaśniały, pokrywając osiedle cienką mąką brzasku. Po chwili z białego jak wapno nieba zaczęły spadać małe, twarde kulki śniegu, które przypominały kawałki koziego sera przecieranego przez metalową tarkę. Wiatr porywał je całymi rojami, okręcał wokół drzew i ciskał prosto w ziemię. Pomyślałem, że każda z tych kulek to czyjeś marzenie, które zastygło, a teraz spada, łącząc się z innymi.

Od okien ciągnęły zimne strugi powietrza. Podłoga była chłodna jak kamień. Ktoś włączył radio Pionier i słuchał Gimnastyki Porannej: „Nóżka w lewo, nóżka w prawo. Ramiona w górę. Wdech. Wydech”.

Z kotłowni w podziemiach domów dochodziły nieprzyjemne dźwięki czyszczonych pieców. Czarne pożeracze drewna, węgla i koksu zaczynały właśnie swoją brudną pracę i dopiero za godzinę miały ożywić kaloryfery. Gdyby nie zbliżające się święta, wszyscy zostaliby jeszcze w łóżkach, w cieple przepastnych pierzyn, pod kołdrami, w różowych poduchach wypchanych kaczym pierzem.

Poranną ciszę przełamał pisk samochodowych hamulców. Strzelanie drzwi. Szczekot psów atakujących z furią milicjantów – wielkich chłopów o czerwonych nosach i policzkach – którzy z pistoletami w kaburach, z białymi pałkami przy paskach, otoczyli dom pana Mińka.

– Obywatelu, otwórzcie – krzyknął cywil w kapeluszu, naciskając przymarznięty dzwonek.

Po chwili w prześwicie drzwi pojawiła się kudłata, nieogolona twarz rzeźnika.

– Ale o co chodzi? – spytał półprzytomnie.

– Zaraz się dowiecie, otwierajcie.

Miniek w rozpiętej, pasiastej piżamie i laczkach na bosych stopach podreptał do furtki.

Milicjanci tłumnie wtargnęli do domu.

Całe osiedle stało w oknach.

– Doigrał się – wyszeptała gosposia – ale od kogo teraz będziemy kupywali mięso?

– Schowaj lepiej szynkę i kiełbasy do piwnicy – rzuciła przytomnie babcia, jakby poczuwała się do współudziału w kradzieży. A przecież nie ona jedna powinna się bić w piersi. Całe święta, nasze i mieszkańców ulicy Olchowej, a nawet części Olszy, zostały przyniesione w spodniach i pod swetrami pana Mińka z  pobliskich zakładów mięsnych. Utrata tych świeckich relikwii, symbolu pojednania człowieka z Bogiem, smugi różowego światła w ciemnych czasach, byłaby dla nas nie do zniesienia.

Po chwili usłyszeliśmy hałas. Mundurowi wynosili dowody rzeczowe: szynki, wielkie połcie słoniny, mortadele, długie różowe schaby, drób, polędwice, parówki…

Potem z domu wyprowadzono panią Miniek w płaszczu wstydu.

– Zadzwońcie do towarzysza Czopa – gorączkował się skuty kajdankami rzeźnik.

– Towarzysz Czop już siedzi – odpowiedział ponuro milicjant.

Silnik nyski zarzęził, z rury buchnął czarny obłok dymu. Samochód rozpłynął się w wigilijnej bieli pełnej nastroju przebaczenia win i pojednania.

Przez chwilę panowała cisza, jak po wybuchu śnieżnej bomby.

Śnieg sypnął gęściej. Płatki nabrały ciała. Leciały teraz prosto z nieba, tworząc fantazyjne puchowe dywany i skomplikowane bryły geometryczne. Szczelną masą okrywały deski, ule, karmniki, krzewy, mniejsze drzewka. Patrzyliśmy osłupiali i bezradni na migającą choinkę i niewyłączony telewizor w oknie państwa Mińków. W pustym salonie najważniejszy polityk kraju zastanawiał się nad przyszłością społeczeństwa i narodu, świata i ludzkości. W tej przyszłości nie było miejsca na malwersantów, złodziei oraz łapowników.

Mieszkańcy Olszy, a szczególnie ulicy Olchowej, modlili się o powrót rzetelnego dostarczyciela przetworów mięsnych. Widzieli w nim gest Opatrzności. Człowieka  instytucję. Argonautę. Tego, który zawsze miał i który nikogo nie zostawił bez nadziei. Politycy kłamali, Miniek dawał pewność przetrwania.

Zima była ciężka i sroga. Podwórko w domu sąsiadów pokryły zaspy śniegu. Furtka przymarzła. Do ogrodowej wędzarni wprowadziły się dzikie koty. Mleczarz kradł mleko i sprzedawał na boku. Wielka spiżarnia przy ulicy Olchowej ziała pustką. Żyło się ciężko, smutno. I tylko z telewizora w domu Mińków dobiegały propagandowe hasła… póki elektrownia nie wyłączyła prądu.

Znów pada śnieg. Wiatr zagarnia w swoją wielką dłoń twarde jak kamień kawałki śniegu. Już wiem, że to są marzenia, które się nie spełniły. Umarły w ludziach, jak niedonoszone dzieci. A teraz aniołowie przecierają je na wielkiej metalowej tarce. Ta myśl wydaje mi się ciekawsza od dalszych losów Mińka.

Oczywiście, zarekwirowane podczas rewizji dowody rzeczowe zniknęły w komisariacie. Oczywiście, aresztowanie towarzysza Czopa okazało się typowym milicyjnym żartem. Rzeźnika szybko wypuszczono, ponieważ był wszystkim potrzebny. Umarł wskutek głupiego zakładu z fryzjerem.

Nie do uwierzenia jest co innego – moi sąsiedzi przestali jeść mięso.