Kraina duchów, wyobraźni i zatrzymanego czasu. Jaka była dawna Olsza? W podróż do przeszłości zabiera w swojej książce „Koniec świata na mojej ulicy” Jakub Ciećkiewicz – pisarz, reporter, fotograf. – Dziś po ulicach chodzimy my, jutro przyjdą kolejne generacje. Kraków spaja nas wszystkich. Żywych i umarłych – mówi w wywiadzie dla Love Kraków.pl
poniedziałek, 1 marca 2021
środa, 17 lutego 2021
Aktualności
Długa, profesjonalna, krytyczna rozmowa w "Czytelni" Małgorzaty Szymankiewicz, w II Programie Polskiego Radia - mówią o książce "Koniec świata na mojej ulicy": Iwona Rusek i Piotr Kofta. Poniżej przycisk wejścia na stronę do posłuchania:
Wejście na stronę
Wejście na stronę
czwartek, 11 lutego 2021
Z cyklu "Życie na taxi"
Urbanoskopia
w płonący tunel blask neonów światła knajp
świetliste oczy prostytutek
błyszczących manekinów nocy
przemierzam rozżarzone trzewia miasta
góry plastyku papieru niedopałków szmat
latarnie świecą jak noże alfonsów
z nieba spada połyskliwy miał
confertti
perkusje trzaskających butelek rozsadzają place
jest tylko trans Taxi Taxi
zimny świt łapie nas na gorących uczynkach
na pobojowiskach nocy
wśród wystygłych gwiazd
uderza laską w bruk ulicy leży w rynsztoku rzyga w bramie
argonauci o bladych twarzach szukają przystani
taxi taxi
jem komunię z rożna
mrużę oczy
obłoki pary owijają światło
poniedziałek, 8 lutego 2021
Dzień budzi żmije konieczności
…już słabnie podcięty, purpura ścieka po fasadach okna mrużą
oczy drzwi głośno ziewają rynnami lecą gwiazdy milczące stygną zaraz zgasną białe
płowieją i znikają. W bezsennej pościeli w czarnej czapie nocy trwam
nieskutecznie. Jeden baran dwa barany trzy barany... Gipsowy świt zalewa usta powili rośnie tężeje piaskiem w oczach trzaska
zapałka gwiżdże czajnik ciepła struga moczu łomocą w drzwi promienie światła: imię
nazwisko pójdziecie z nami… czerstwy chleb dnia: beton szarości bez czułości.
niedziela, 7 lutego 2021
Ciotka Hela
Strzeliła
furtka. Pod domem stała żółta karetka pogotowia z niebieskim kogutem.
Pielęgniarze wnosili do domu na noszach ciotkę Helę. Była opleciona
przezroczystymi przewodami. Z przedramienia wystawała jej igła z wężykiem. Twarz
miała popielatą i jeszcze bardziej niż zawsze pokrytą zmarszczkami - przypominała
wielkiego indyka.
Po chwili
żałobno-medyczny orszak znikł w czeluściach parteru.
- Ciotka ma
raka płuc – powiedział drewnianym głosem dziadek. Nie wolno jej przeszkadzać.
Przez uchylone
drzwi oglądaliśmy jak pielęgniarze w białych chałatach instalowali wokół
łóżka kroplówkę i rurki, które miały
pomóc cierpiącej w oddychaniu.
- Ona tu
przyjechała umrzeć – mówiła przez telefon martwym głosem matka. – Nie, nie ma
żadnej nadziei.
Po zamordowaniu
wróbla wiedziałem już czym jest śmierć. Jest chwilą, w której ogród kamienieje.
Ptaki przestają śpiewać, ucisza się wiatr, a serce wypełnia ciężar wyrzutów
sumienia. Nie chciałem, żeby ciotka umarła.
- Niedługo
kojfnie – zauważył bezceremonialnie brat. – Grała, srała, ale miliona nie
wygrała – dodał złośliwie.
Przez większość
życia wszyscy się z Heli wyśmiewali. Była dziwaczką. Jeździła po mieście
taksówkami. Nałogowo grała w gry liczbowe: lajkoniki, lotki, a nawet w loterię
państwową, w którą nikt jeszcze przecież nie wygrał. Pod koniec miesiąca, zanim
listonosz przyniósł jej emeryturę, pożyczała od babci drobne kwoty, bo nie
miała na chleb. Kiedyś przeczytałem w „Przekroju” wiersz Ludwika Kerna: „Ciotka
idiotka grała w totolotka…” i od tej pory nazywaliśmy ją z bratem „totoidioto”.
No, ale czy
wygranie miliona zapewnia szczęście? Można się nad tym zastanawiać. Szewc Serafin,
z żółtej kamienicy przy torach, trafił szóstkę a potem się rozpił i umarł pod
płotem. Bo szewc w swoim prostym i monotonnym życiu nie miał żadnego marzenia.
Był jałowy, pusty. Przypominał wielkiego
miśka, z którego sypały się trociny i w końcu wylądował na strychu. A ciotka
chciała jechać do Sao Paulo.
Deszcz wciąż
padał. Strugi wody rozmiękczały trawniki i tworzyły wielkie, bure kałuże.
Białucha wystąpiła z brzegów, nabrała koloru kawy Turek. Z wielką furią toczyła
wściekłe fale w kierunku fabryki Wandera. Jaś Mech, przy pomocy mojego brata,
wrzucił do wody stare drzwi połączone drutem z warstwą styropianu i wskoczył na
prowizoryczną tratwę, budząc podziw całej okolicy. Dziś taki spływ nazywa się
raftingiem.
Po wielu
dniach, kiedy wydawało się, że umierająca ciotka także odpłynęła, całkiem
nieoczekiwanie usiadła i poprosiła o zupę. Przekrzykując grzmoty piorunów wciąż
terkotała o starszej siostrze, która przed wojną wyemigrowała do Brazylii,
wylądowała w buszu i mieszkała wśród Indian. Nie byli to co prawda prawdziwi
Indianie, tacy jak Wonnetou, tylko trochę gorsi. Chodzili na golasa, z
przepaskami na biodrach i wkładali sobie drewniane krążki w dolną wargę.
Jakimś cudem,
dzięki listom do organizacji międzynarodowych,
Heli udało się nawiązać kontakt z siostrą i do domu przyszła paczka z
Sao Paulo. Zawierała drewniane maski, płyty z dziwaczną muzyką, zdjęcia wielkiej
figury Jezusa stojącej nad miastem, czekoladę, a także kopertę zawierającą 20
dolarów. To było jak wygrana w totolotka. Ciotka Hela, promieniała. I… wyraźnie
wracała do zdrowia.
Z tej okazji
zorganizowano odkładane od dawna imieniny. Po kuchni krzątały się kobiety,
otwierano grzybki, krojono warzywa na sałatkę. A wuj Janek – zadowolony i
uśmiechnięty, w klubowej granatowej marynarce – rzucił. – Myślę, że już czas
otworzyć szampana.
Nad ogrodem
zaświeciło słońce. Prawdziwy busz skłębionych pnączy i bluszczów rozbłysnął jak
zielona latarnia. Trawy parowały. Temperatura rosła. Robiło się duszno, ciepło.
A Białucha toczyła wzburzone fale jak Amazonka. I chociaż Indian brakowało, bo
my mieliśmy tylko stroje kowbojów, był to jeden z piękniejszych dni mojego dzieciństwa.
Brazylijski.
Rano, kiedy
przyszliśmy życzyć Ciotce Heli dobrego dnia, leżała sztywna, biała, z
opuszczoną brodą i otwartymi ustami. Jej oczy uciekły w górę. Podniosłem zimną
dłoń, która bezwładnie opadła na pościel. Była wypełniona śmiercią jak zabity
wróbel.
sobota, 6 lutego 2021
Stare lata
Stare lata
jak niedołężne ptaki
spadają dziobami w zaspy śniegu
odwłoki się kurczą maleją
skrzydła wibrują ze wstydu
i z latania dwójka.
Stare lata
bezlistne krzewy
wysychają na wietrze
jak badyle w niemodnych strojach
podartej bieliźnie już o siebie nie dbają
zastygają w zapachu bezsilności
i z higieny pała.
Stare lata
ciągną niedołężne szkielety`
o dwóch laskach kuśtyk kuśtyk
odliczają kroplówką z portmonetki prosto na rękę
w aptece i osiedlowym zawsze brakuje…
kolejka się złości narzeka
niedostateczny z witalności.
Stare lata
czytają nekrologi żeby dowiedzieć się czegoś o znajomych
którzy wreszcie mają szansę zaistnieć publicznie
niektórzy po raz pierwszy
a potem już w dole o smaku betonu
słychać śpiewy płytę okrywają kwiaty
przerażonych
i świece mających nadzieję
na amen w pacierzu.
Drżącą dłonią bezwstydnie łuskam pestki chwil
patrzę w słońce
stare lata uśmiechają się do was
moimi ustami
wiem
mimo tylu dwój repety nie będzie
więc jeszcze popatrzę na błękitne piórka sójki
i helikopter czarnych skrzydeł mielących powietrze.





