poniedziałek, 1 marca 2021

Wywiad w Love Kraków: Duchy dawnej „galaktyki Olsza”

Kraina duchów, wyobraźni i zatrzymanego czasu. Jaka była dawna Olsza? W podróż do przeszłości zabiera w swojej książce „Koniec świata na mojej ulicy” Jakub Ciećkiewicz – pisarz, reporter, fotograf. – Dziś po ulicach chodzimy my, jutro przyjdą kolejne generacje. Kraków spaja nas wszystkich. Żywych i umarłych – mówi w wywiadzie dla Love Kraków.pl

środa, 17 lutego 2021

Aktualności

Długa, profesjonalna, krytyczna rozmowa w "Czytelni" Małgorzaty Szymankiewicz, w II Programie Polskiego Radia - mówią o książce "Koniec świata na mojej ulicy": Iwona Rusek i Piotr Kofta. Poniżej przycisk wejścia na stronę do posłuchania:
Wejście na stronę



czwartek, 11 lutego 2021

Z cyklu "Życie na taxi"

 

Urbanoskopia

 wjeżdżam bez znieczulenia

w płonący tunel blask neonów światła knajp

świetliste oczy prostytutek

błyszczących manekinów nocy

przemierzam rozżarzone trzewia miasta

góry plastyku papieru niedopałków szmat

latarnie świecą jak noże alfonsów

z nieba spada połyskliwy miał  confertti

perkusje trzaskających butelek rozsadzają place

jest tylko trans Taxi Taxi

 

zimny świt łapie nas na gorących uczynkach

na pobojowiskach nocy

wśród wystygłych gwiazd

uderza laską w bruk ulicy leży w rynsztoku rzyga w bramie

argonauci o bladych twarzach szukają przystani

taxi taxi

 

jem komunię z rożna

mrużę oczy

obłoki pary owijają światło

poniedziałek, 8 lutego 2021

Dzień budzi żmije konieczności

 

…już słabnie podcięty, purpura ścieka po fasadach okna mrużą oczy drzwi głośno ziewają rynnami lecą gwiazdy milczące stygną zaraz zgasną białe płowieją i znikają. W bezsennej pościeli w czarnej czapie nocy trwam nieskutecznie. Jeden baran dwa barany trzy barany... Gipsowy świt zalewa usta powili rośnie tężeje piaskiem w oczach trzaska zapałka gwiżdże czajnik ciepła struga moczu łomocą w drzwi promienie światła: imię nazwisko pójdziecie z nami… czerstwy chleb dnia: beton szarości bez czułości.

niedziela, 7 lutego 2021

Ciotka Hela

 

Strzeliła furtka. Pod domem stała żółta karetka pogotowia z niebieskim kogutem. Pielęgniarze wnosili do domu na noszach ciotkę Helę. Była opleciona przezroczystymi przewodami. Z przedramienia wystawała jej igła z wężykiem. Twarz miała popielatą i jeszcze bardziej niż zawsze pokrytą zmarszczkami - przypominała wielkiego indyka.

Po chwili żałobno-medyczny orszak znikł w czeluściach parteru.

- Ciotka ma raka płuc – powiedział drewnianym głosem dziadek. Nie wolno jej przeszkadzać.

Przez uchylone drzwi oglądaliśmy jak pielęgniarze w białych chałatach instalowali wokół łóżka  kroplówkę i rurki, które miały pomóc cierpiącej w oddychaniu.

- Ona tu przyjechała umrzeć – mówiła przez telefon martwym głosem matka. – Nie, nie ma żadnej nadziei.

Po zamordowaniu wróbla wiedziałem już czym jest śmierć. Jest chwilą, w której ogród kamienieje. Ptaki przestają śpiewać, ucisza się wiatr, a serce wypełnia ciężar wyrzutów sumienia. Nie chciałem, żeby ciotka umarła.

- Niedługo kojfnie – zauważył bezceremonialnie brat. – Grała, srała, ale miliona nie wygrała – dodał złośliwie.

Przez większość życia wszyscy się z Heli wyśmiewali. Była dziwaczką. Jeździła po mieście taksówkami. Nałogowo grała w gry liczbowe: lajkoniki, lotki, a nawet w loterię państwową, w którą nikt jeszcze przecież nie wygrał. Pod koniec miesiąca, zanim listonosz przyniósł jej emeryturę, pożyczała od babci drobne kwoty, bo nie miała na chleb. Kiedyś przeczytałem w „Przekroju” wiersz Ludwika Kerna: „Ciotka idiotka grała w totolotka…” i od tej pory nazywaliśmy ją z bratem „totoidioto”.

No, ale czy wygranie miliona zapewnia szczęście? Można się nad tym zastanawiać. Szewc Serafin, z żółtej kamienicy przy torach, trafił szóstkę a potem się rozpił i umarł pod płotem. Bo szewc w swoim prostym i monotonnym życiu nie miał żadnego marzenia. Był jałowy, pusty.  Przypominał wielkiego miśka, z którego sypały się trociny i w końcu wylądował na strychu. A ciotka chciała jechać do Sao Paulo.

Deszcz wciąż padał. Strugi wody rozmiękczały trawniki i tworzyły wielkie, bure kałuże. Białucha wystąpiła z brzegów, nabrała koloru kawy Turek. Z wielką furią toczyła wściekłe fale w kierunku fabryki Wandera. Jaś Mech, przy pomocy mojego brata, wrzucił do wody stare drzwi połączone drutem z warstwą styropianu i wskoczył na prowizoryczną tratwę, budząc podziw całej okolicy. Dziś taki spływ nazywa się raftingiem.

Po wielu dniach, kiedy wydawało się, że umierająca ciotka także odpłynęła, całkiem nieoczekiwanie usiadła i poprosiła o zupę. Przekrzykując grzmoty piorunów wciąż terkotała o starszej siostrze, która przed wojną wyemigrowała do Brazylii, wylądowała w buszu i mieszkała wśród Indian. Nie byli to co prawda prawdziwi Indianie, tacy jak Wonnetou, tylko trochę gorsi. Chodzili na golasa, z przepaskami na biodrach i wkładali sobie drewniane krążki w dolną wargę.

Jakimś cudem, dzięki listom do organizacji międzynarodowych,  Heli udało się nawiązać kontakt z siostrą i do domu przyszła paczka z Sao Paulo. Zawierała drewniane maski, płyty z dziwaczną muzyką, zdjęcia wielkiej figury Jezusa stojącej nad miastem, czekoladę, a także kopertę zawierającą 20 dolarów. To było jak wygrana w totolotka. Ciotka Hela, promieniała. I… wyraźnie wracała do zdrowia.

Z tej okazji zorganizowano odkładane od dawna imieniny. Po kuchni krzątały się kobiety, otwierano grzybki, krojono warzywa na sałatkę. A wuj Janek – zadowolony i uśmiechnięty, w klubowej granatowej marynarce – rzucił. – Myślę, że już czas otworzyć szampana.

Nad ogrodem zaświeciło słońce. Prawdziwy busz skłębionych pnączy i bluszczów rozbłysnął jak zielona latarnia. Trawy parowały. Temperatura rosła. Robiło się duszno, ciepło. A Białucha toczyła wzburzone fale jak Amazonka. I chociaż Indian brakowało, bo my mieliśmy tylko stroje kowbojów, był to jeden z piękniejszych dni mojego dzieciństwa.

Brazylijski.

Rano, kiedy przyszliśmy życzyć Ciotce Heli dobrego dnia, leżała sztywna, biała, z opuszczoną brodą i otwartymi ustami. Jej oczy uciekły w górę. Podniosłem zimną dłoń, która bezwładnie opadła na pościel. Była wypełniona śmiercią jak zabity wróbel.


sobota, 6 lutego 2021

Stare lata

 

Stare lata

jak niedołężne ptaki

spadają dziobami w zaspy śniegu

odwłoki się kurczą maleją

skrzydła wibrują ze wstydu

i z latania dwójka.

 

Stare lata

bezlistne krzewy

wysychają na wietrze  

jak badyle w niemodnych strojach

podartej bieliźnie już o siebie nie dbają

zastygają  w zapachu bezsilności

i z higieny pała.

 

Stare lata

ciągną niedołężne szkielety`

o dwóch laskach kuśtyk kuśtyk

odliczają kroplówką z portmonetki prosto na rękę

w aptece i osiedlowym zawsze brakuje…

kolejka się złości narzeka

niedostateczny z witalności.

 

Stare lata

czytają nekrologi żeby dowiedzieć się czegoś o znajomych

którzy wreszcie mają szansę zaistnieć publicznie

niektórzy po raz pierwszy

a potem już w dole o smaku betonu

słychać śpiewy płytę okrywają kwiaty

przerażonych

i świece mających nadzieję

na amen w pacierzu.

 

Drżącą dłonią bezwstydnie łuskam pestki chwil

patrzę w słońce

stare lata uśmiechają się do was

moimi ustami

wiem

mimo tylu dwój repety nie będzie

więc jeszcze popatrzę na błękitne piórka sójki

i helikopter czarnych skrzydeł mielących powietrze.

Recenzja z Odry