niedziela, 12 kwietnia 2020

Suknia dla Ciebie


Rodziła się w krzyku trąbek,
w tańcu bębnów,
w drobnych krokach les petites bonnes
dźwigających na głowach tace pełne ciasta,
w stukocie oślich kopyt po kocich łbach, 
w pomrukach wesołego druciarza,
wymachującego nad głową tajemniczym wahadłem,
w ochrypłym śpiewie muezzina -
niestrudzonego solisty Allaha,
w łopocie latających dywanów ze sklepu Abdelaziza,
w blasku oliwnych lampek,
w mlecznej mgle hamamów,
w seledynowej poświacie haszyszu.
Suknia dla Ciebie.

Nabierała kształtu
w palcach siedmioletnich dziewcząt,
które dla zabawy
rzucały w błękit nieba srebrne gwiazdy marzeń,
gdy ich matki cierpliwie wszywały czarne nici
przeznaczeń.

Nasiąkała powietrzem czerwonych uliczek,
gdzie różany olejek łączy się z marihuaną,
gnój z wonią baraniego łoju,
pustynny wiatr z powiewem ziół i sosnowych lasów,
pot ślusarza z zapachem perfumerii,
patos magii ze śmiesznością wiedzy.
Suknia dla Ciebie.

Nocą łopotała na placu Jemma el Fna,
w zaczarowanych dźwiękach kapel gnawa,
tańczyła z dżinami
w grzesznych uściskach medyny,
biegła lekko po schodach Cafe Argana
na spotkanie z tajemniczym amantem.

Potem wisiała na parawanie jednej z arabskich baśni,
spurpurowiała z pożądania,
rozedrgana tchnieniem gorącego wiatru
bezwstydna i spragniona seksu.

O świcie odpływała żółtą grande taxi
machając zalotnie do ulicznego golibrody,
który rozpoczął już poranny taniec z brzytwą.
Suknia dla Ciebie – Moja Miłości.

Utkana z głębi spojrzeń,
w których utonęła niejedna
Atlantyda wstydu.
Złota, jak włosy,
w które podczas arabskich nocy  
zaplątują się spadające gwiazdy.
Gładka jak „hybrydowe” paznokcie
zahartowane w ultrafioletach nadziei.
Suknia dla Ciebie jechała na lotnisko Menara.
Była godzina 8.00. Siedzący na koniach gwardziści podnosili białe rękawiczki do połyskujących daszków, widząc jak szybowała w niebo.

Kiedy ją odbierałem na lotnisku w Balicach,
była cała w pretensjach.
Rywalka.
Młodsza żona sułtana.
Dumnie walcząca o pierwszeństwo. 
Bezczelna i… całkowicie niepotrzebna
suknia dla Ciebie.
Kraków 24 – 26 VIII 2018

sobota, 11 kwietnia 2020

Wielkie różowe nic (Z cyklu: opowiadania saharyjskie)


Wyszedłem z zimnego, betonowego hotelu na ulicę. Prosto w światło. Pustynny harmatan niósł delikatne fale żółtawego pyłu. Piasek gromadził się na parapetach okien, w progach drzwi, w załomach gzymsów, omiatał targowe stragany, tworzył małe, szare pryzmy na krzesłach kawiarni. Wpadał do oczu, uszu, ust, wkręcał się we włosy, przedostawał za spodnie i koszulę. Nad Tamanrasset wisiał ogromny, purpurowy kawał słońca, jak połeć mięsa na  straganie.
Na Saharze pory dnia zmieniają się jak za dotknięciem  przełącznika. Dzień znika nagle, otwierając kopułę planetarium, pełnego splecionych świetlistych warkoczy gwiazd, które  wiszą tuż nad głowami ludzi. O świcie, gdy wygasają ogniska, konstelacje bledną. Nad horyzontem otwiera się szczelina blasku, która jednym cesarskim cięciem rodzi małe, krwiste, rozżarzone, słońce.
W Tamanrasset był świt. Na Saharze o świcie ludzie obmywają twarze, a potem wychodzą prosto w ciepło - światło. Opuszczają nory z betonu, blachy, dykty i koczownicze namioty na przedmieściach, gdzie rzucając się na matach walczyli z duszną, afrykańską nocą. Wychodzą. Łapią ustami podmuchy wiatru, cieszą się chłodem poranka, widokiem sąsiadów i zapachem kawy na zaimprowizowanej kuchence, albo w kawiarni, którą otaczają plastykowe krzesła.
Dzieci wyganiają z zagród stadka kóz i owiec, piękne tuareskie dziewczyny niosą na głowach chińskie, 10litrowe kanistry na wodę. Przed drzwiami domów wystają młodzi mężczyźni w kolorowych zawojach, z papierosami bez filtrów wystającymi z kącików ust. Rozmawiają, poklepują się po plecach, plują pod nogi. Tamanrasset budzi się do życia.
Szedłem przez miasteczko. Parterowe, żółtobrunatne, zatopione w piaskach, jak okręt, który po burzy osiadł na mieliźnie. Gliniane, a miejscami betonowe. Z niewielkim targiem, szkołą i kościołem… Podróżnicy jadący do Mali i Nigru, wpadają tu jak po ogień. Tankują benzynę, kąpią się w obskurnym hamamie, przysiadają w ulicznej kawiarni, żeby wypić fantę, zjeść ciastko, zapalić fajkę wodną, albo zrobić ostatnie zakupy za algierskie dinary. Dalej – na przestrzeni 800 kilometrów ciągnie się groźne, żółto-różowe NIC.
Wiedziałem, że to NIC, zawiera w sobie COŚ. Marsjańskie hamady, piaszczyste ergi, żwirowe seriry, uedy – suche doliny po dawnych rzekach, ripplemarki – tereny, na których piasek wygląda, jakby po dużym, płaskim obszarze przepełzło tysiące węży albo płaszczyzna zmarszczyła  się jak skórka jabłka. To coś powołuje do życia zielone, samotnie rosnące drzewa akacji i pachnące tamaryszki, małe krzewy, żółte, drobne kwiatki. W załomach skalnych rodzą się świstaki, szczury, lisy i jaszczurki. Po Saharze biegają zające, fenki, hieny cętkowane. Czasem można zobaczyć przekraczającego metr długości wielkiego warana pustynnego – arata, pozostającego pod ochroną Tuaregów, którzy uważają go za wuja. Gepardy pędzą stada gazeli. Nad głową latają pustynne jaskółki i szare gołębie. Na przedpolach Sahary żyje 300 gatunków roślin i kilkadziesiąt gatunków zwierząt! 
Zioło pod nazwą Tehak – pomaga na syfilis, jest  dobre na świerzb u wielbłądów, azazere – zwalcza bóle żołądka i gorączkę, talegest – ugryzienia węży, ahinessis – długie, miętowe pałeczki – znieczulają ból zęba. A niepozornie wyglądające zielone listki  beduini wkładali w daktyle i sprzedawali Legii Cudzoziemskiej, bo wywołują szaleństwo!
Wszystko, co żyje na pustyni, ma znaczenie praktyczne. Ze słomy afeżou robi się maty. Ziarno dziko rosnących roślin, wydobywane z mrowisk, można mieszać z prosem. Strąki akacji i rośliny pasożytujące na korzeniach drzew i krzewów da się ugotować. A manna pokrywająca tamaryszki zastępuje cukier i służy do robienia napoju orzeźwiającego. Oto cała spiżarnia Tuaregów.
Szedłem w musztardowy świt w ostatnim miasteczku przed pustynią prosto w słońce, które zmieniło już barwę na piaskową i szybko uciekało w niebo. Jechałem do Timiaouine. Leżącego 800 kilometrów stąd, na granicy Mali!
Dlaczego do Timiaouine? Bo tam jest raj Tuaregów. Bo „tam codziennie odbywa się tinde,  cudowna zabawa na pustyni. Tam tańczą białe wielbłądy, tam piękne kobiety recytują wiersze i grają na bębnach, tam codziennie odbywa się fiesta" -  opowiadali zachwyceni tuaredzy. Zaczarowany Eden. Prawda? Baśń? Fatamorgana?
Wiatr ciągnął po ulicy setki plastykowych siatek i papierów. Dokoła buszowały kozy. Prymitywny samochód namalowany na ścianie zapraszał do garażu Hoggar, czyli warsztatu samochodowego. Sklep ozdabiały górskie pejzaże z koślawymi, zielonymi drzewami akacji i wizerunkami Tuaregów.
Kim właściwie są Tuaredzy? Kozakami? Białą szlachtą?  Nazywają siebie: Kel Tagelmust – „noszący zasłonę na twarzy”. Albo Kel Tamahak – „mówiącymi w języku tamaszek”. Albo Imajeghen – wolnymi ludźmi!  „Każdy z ich wojowników ma duszę pana, który nigdy nie ugnie przed nikim karku” – pisał Ojciec Karol de Faucauld. Ale ci, których widziałem nie zakrywali ust, zamiast błękitnych tunik, nosili wojskowe kurtki, imali się różnych miejskich zajęć. Gdzieś stróżowali, coś konwojowali, ich kobiety sprzedawały śniade ciała.  A więc się zmienili.
Szedłem prosto w żar przedpołudnia. Zajrzałem do sklepu spożywczego. Na półkach obok juków, siodeł i przedmiotów codziennego użytku stały ogromne puszki z napisami: „Dar Narodu Amerykańskiego, nie sprzedawać”. To była pomoc humanitarna dla plemion, które podczas wielkich susz uciekły z Mali. Ci, najbiedniejsi Tuaredzy, którzy utracili wszystko, mieszkali teraz na obrzeżach miasteczka, czepiając się życia i rozpaczliwie próbując dostać pracę. Pomoc zagraniczną rozkradano. W obozowisku czekały wynędzniałe twarze chorych dzieci. Kupiłem dwie flaszki wody, mleko skondensowane z darów, bagietkę i paczkę topionych serków. Nie mogłem się podzielić z potrzebującymi.
Merostwo otaczała karawana wielbłądów. Mężczyźni w białych tunikach siedzieli na szybkich mehari. Wojownicy z  plemienia Kel Rela wybierali się po sól na równinę Amadror, a potem na handel do Zinder. To była epicka podróż, prawdziwa Odyseja po Saharze, na przestrzeni 3 tysięcy kilometrów. 
Zagadałem do przewodnika karawany - Abd-el-Kadera. Narzekał na suszę i administrację. Kiedyś mógł jechać swobodnie, teraz musi zabiegać o przepustkę.  Nienawidzi tego. Nienawidzi miasta, biurokracji, wystawania godzinami na schodach w oczekiwaniu na łaskę, albo kaprys urzędnika w wymiętym garniturze. Wie, że uważają go za złodzieja, przemytnika, bandytę,  zagrażającego modernizacji Algierii. I ma to gdzieś… Jego przestrzenią jest pustynia, gdzie nie sięga już niczyja władza.
Tuaredzy są dumni. Według legendy przybyli na Saharę jeszcze w czasach rzymskich. Jechali przez step pod wodzą legendarnej królowej Ti–n–hinan – władczyni kraju Beraber, której grób leży do dziś w palmowym gaju, w Avalasea. Archeolodzy znaleźli w nim szkielet wysokiej kobiety i złote przedmioty pochodzące z I – III stulecia. A więc legenda się potwierdza…
Kiedy trafili na Saharę pustynia  była jeszcze sawanną. Z biegiem czasu stworzyli harmonijne więzi z naturą – wędrując ze stadami wielbłądów między stepem a oceanem piasków, budując własny świat wśród kamieni, karłowatych drzew i ubogich oaz. Stworzyli alfabet, język, poezję, obyczaje, tabu, system władzy i hierarchii. Mają królów, wodzów, szlachtę, wasali, marabutów, rzemieślników, griotów, niewolników – na Sahelu są arystokracją. Prowadzą karawany solne, przemycają towary,  podczas susz bezceremonialnie najeżdżają czarnych sąsiadów. Stworzyli zagadkową, zamkniętą kulturę.  
Stara, francuska ciężarówka, przystosowana do jazdy przez Saharę,  wielka drewniana paka na szerokich kołach, z wystającym nad maskę filtrem powietrza, pociła się na piaszczystym placu.  Kierowca, krępy facet w wojskowych spodniach, zdjął okulary słoneczne, obejrzał mój paszport i skinął głową, żeby wsiadać. Ale nie wsiadałem. Wolałem postać wśród kóz, owiec, porzuconych plastykowych siatek, które tańczyły przy podmuchach wiatru, żeby złapać cień auta, pić małe hausty chłodniejszego powietrza, zrelaksować się przed wysiłkiem.
Pasażerowie nadchodzili. Żołnierz, który wracał z przepustki do garnizonu, pasterz w zielonej kurtce i połatanych spodniach, przewiązanych sznurkiem i Aladi – oblbrzymi Tuareg w różowej tunice i czarnym zawoju na głowie. Aladi uśmiechnął się, bo poznaliśmy się w domu króla Reggianiego Tidianiego. Pytał co sądzę o powstaniu Tuaregów…
Yalla! – krzyknął kierowca. – Jedziemy! Wskoczyłem do szoferki. Silnik zarzęził, z rury wydechowej buchnął czarny obłok ropy.  Miasto urwało się nagle.
Pustynia była kamienista, żółtawa, upstrzona wielkimi, pojedynczymi górami - ale jeszcze żywa. Gdzieniegdzie rosły akacje, trawy, od czasu do czasu widać było małe karawany wielbłądów zmierzające do ukrytej przed światem oazy. Za Avalessa i Slet, gdzie było obozowisko wodza Amenoukala, ciężarówka wskoczyła na  karbowaną drogę. Teraz wszystko zaczęło rytmicznie podskakiwać. Daktyle, ludzie, klucze samochodowe w pojemniku, wokół ciągnął się różowy, kamienisty bezmiar. Dziwny, surrealistyczny, płonący ocean niczego. 
 Stop! Nagle, nie wiadomo skąd, całą ciężarówkę otaczają ludzie. Kobiety w pięknych sukniach, z tuareską biżuterią na piersiach, dzieci w krótkich tunikach, marabut w białym zawoju, z czarnym różańcem w garści, jacyś mężczyźni, a nawet koza na sznurku – zapewne praktyczny zapas mięsa na kolację. Zaczyna się hałas rozmów, powitań, śmiechu, opowieści.
Pomyślałem, że nie mogę siedzieć dłużej w szoferce. Trzeba ustąpić miejsca matkom z dziećmi. Wziąłem plecak, wdrapałem się na pakę. Na twardych jak kamienie daktylach leżała brezentowa plandeka, dociśnięta metalowymi taśmami. Usiadłem na burcie ciężarówki, z nogami na zewnątrz, trzymając w dłoniach śliskie taśmy, żeby nie wylecieć na wertepach i nie pozostać w piaskach na amen. Pewnie nikt by się nawet nie obejrzał…
Samochód pędzi. Koła podskakują na drobnej tarce rowków i kamieni. Wiatr wbija odrobiny piasku w każdy zakamarek ciała. Trzeba docisnąć zawój, a równocześnie ściskać metal, żeby zachować równowagę. Dokoła  mieni się różowy żwirek. Płaskie nic. Setki kilometrów niczego. Bezkres. Ocean pełen żwirkowej beznadziei. Świat kosmiczny, obcy, ale wywołujący nostalgię.
Żar rośnie. Szoferka nagrzała się jak hutniczy piec, ale tu, na pace, języki słońca wpadają w oczodoły, kto nie ma ciemnych okularów cierpi z bólu.
Temperatura rośnie do 60 stopni. Usta wchłaniają słońce. Tuaredzy zwilżają zawoje na wysokości twarzy i oddychają lżej. Dopiero teraz to spostrzegam. Na szczęście nagle zapada ciemność. Ciężarówka zwalnia. Łypie na boki poprzez drobiny piasku dwojgiem ciężkich żółtych ślepi. Zatrzymuje się na wzniesieniu. Wszyscy wyskakują. Słychać trzask rozpalanego ognia i krzyk mordowanej kozy. Saharę spowija ciężki płaszcz ciemności. 
Wokoło wiszą kryształowe gwiazdy. Nad głową Orion. Dalej Syriusz. Wielki Pies. Gwiazdozbiór Łabędzia. Porcjon. Kastor i Polluks, Wielki i Mały Wóz… Ogromne. Niemal na wyciągnięcie dłoni. 
Nagle poczułem obcość. Jest sam. Jestem jedynym w okolicy człowiekiem Zachodu, czyli… kimś innym. Nieproszonym. Niechcianym. Kimś, kto się wepchał do cudzego domu. Kimś kto oszukuje, wykorzystuje, kradnie aparatem fotograficznym ludzkie twarze, albo kradnie cudze historie. Dla wielu pasażerów byłem w dodatku niemową, bo nie znam arabskiego ani języka tamaszek. A więc jestem kimś zbędnym, a nawet niepotrzebnym i zawadzającym. Kimś, kogo równie dobrze mogłoby tu nie być… Pomyślałem, że jeśli  zasnę podczas postoju i nie obudzę się przed świtem, gdy ciężarówka ruszy w drogę, zostawią mnie na pustyni, 300 kilometrów od Tamanrasset.
Wyjąłem kocher, zrobiłem ekspresową herbatę, podzieliłem nożem bagietkę i serki. Aladi i algierski żołnierz jadący do garnizonu na południu przyjęli poczęstunek, znali już smak „czerwonej herbaty”, inni woleli własną, zieloną, pustynną. Zacząłem się dzielić z podróżnymi. Dałem dzieciom puszkę skondensowanego mleka i dostałem w zamian kawałek ciepłej kozy. Pierwszy kontakt został nawiązany.
Afryka jest wspólnotą. Na Saharze trzeba się dzielić – łykiem wody, herbatą, kęsem placka, cukierkiem, odzieżą, a nawet pieniędzmi. Trzeba dawać, żeby brać. Żeby zbudować relację. Bo relacja może uratować od śmierci. Jak dobrze, że ustąpiłem miejsca w szoferce kobietom… 
Obudziłem się przed świtem. Gwiazdy wciąż jeszcze świeciły, a pośród nich stała złota tarcza Księżyca. Mężczyźni gotowali wodę i długimi strumieniami lali ją z czajniczków do czarek pełnych zielonych liści i cukru. Zielona herbata jest esencją pustyni. Relaksem. Chwilą skupienia. Obietnicą dobrego dnia i nagrodą za trudy. Mężczyźni podawali szklaneczki kobietom i dzieciom.
Znów jazda.  Wschodzące słońce zlewa się z miliardem różowych kamyczków. Wylewa na pustynię, rozgrzewa i podpala. Połykam żar. Przeklinam dżinsy, które zmieniły się w przyklejone do ciała szmaty. Wszyscy wokół mają szerokie, lniane tuniki, chłodzące ciało podmuchami wiatru. Są zestrojeni z naturą, cierpliwi, wytrzymali. Podczas jazdy wpadają w letarg, wchodzą w głąb, zapadają się w siebie, mają puste oczy.
Obudziła mnie cisza. Silnik zgasł. Ciężarówka toczyła się kilkadziesiąt metrów i stanęła. Kierowca Mulaj wygramolił się z szoferki, podniósł maskę, zaczął dłubać kluczem w silniku. Dookoła nie było nic, pusta, ciągnąca się kilometrami płaszczyzna, pełna cholernego różowego żwirku. Kierowca zaklął, w dłoni trzymał zerwany pasek klinowy. – Pomóc zmienić? – zaproponowałem. W oczach Mulaja błysnął strach. – Rzecz w tym - odpowiedział martwo - że ja nie mam paska. Zaraz podrzemy i zawiążemy szmaty – próbował nadać swoim słowom ton spokoju.
Do skrzyni ciężarówki przywiązane były dwie gerby na wodę. Jedna stara, a druga świeżo wyprawiona. Pasażerowie podchodzili po kolei i pili po łyku. W nowej woda była ohydna, zapiaszczona, cuchnąca garbnikiem. Wtedy na horyzoncie zobaczyłem wielkie, płaskie jezioro, otoczone rzędami akacji. Obraz drżał, podskakiwał, falował, woda lśniła, choć wcale jej nie było. Poczułem gorąco. Serce szalało i piekło. Zauważyłem, że ze starej gerby co chwila spada na ziemię kropla wody. Ułożyłem się pod samochodem tak żeby krople uderzały o rozgrzane serce.
Obok zwalił się pasterz w połatanych spodniach, przewiązanych sznurkiem. Wbił oczy w mój brzuch i nie przestawał patrzeć. Zapewne chodziło o pasek, porządny, szeroki, wojskowy. Po prawej stronie, w cieniu platformy, ułożył się marabut. Słyszałem jego złowrogie modlitwy, widziałem wypadające z dłoni fasolki różańca. Marabut spoglądał i przeciągle spluwał. Sprawa jest jasna. Zerwanie paska klinowego to wina obcego. Niewierny sprowadził katastrofę na wyznawców Proroka. Dlaczego nie ma pretensji do kierowcy,  który wyjechał bez części? Bo kierowca, nawet gdyby miał drugi i trzeci pasek klinowy, nic by nie poradził, skoro ja jestem sprawcą pecha…
Auto charknęło. Silnik zawył. Pasażerowie wzięli do ust po łyku śmierdzącej wody i niezdarnie gramolili się na pakę. Próbowali jeść daktyle spod plandeki, ale były twarde jak cholera, suche, kamienne, nadawały się jedynie do rozbicia młotkiem i wymieszania z mlekiem. Jeśli ktoś ma młotek i mleko.
Silnik znów zamilkł. Przejechaliśmy zaledwie 3 kilometry. – Nie martwcie się, kierowca wymachiwał kluczem. Zrobię lepszy pasek, mocniejszy. Powtarzał tak, co kilka kilometrów. A co miał powiedzieć? Że zawalił? Że tyle razy udało mu się przejechać pustynię Tenere, że w końcu zlekceważył zagrożenie? Na każdym przystanku wracałem pod pakę. Za mną pasterz i fundamentalista. Walcząc z żarem dotrwaliśmy do zmierzchu.
Kiedy zapłonęło ognisko ugotowałem  ostatnią herbatę. Chłód przywrócił mi trzeźwość myślenia. Pewnie z Tamiauin przyjedzie pomoc.  Kierowca próbował telefonować, ale w pobliżu nie było wzniesienia, a więc nie było sygnału. Mulaj w blasku ognia wiązał kolejne powrozy. Ludzie siedzieli w milczeniu. Do najbliższej osady zostało 400 kilometrów. Jeśli nie nadjedzie samochód, umrzemy.
O świcie wszyscy byli nerwowi. Kobiety krzyczały na dzieci, mężczyźni pluli, marabut szybko obracał koraliki różańca. Auto odpaliło, ale po kilku kilometrach prowizoryczny pasek, ten, który miał być najlepszy, znów się zerwał. Słońce podpaliło ziemię. Myśli tańczyły.  Ile człowiek może przeżyć na Saharze? Jeden dzień. Z biedą dwa.  Rachunek jest prosty. W pustynnym upale wypaca się 10 litrów dziennie. Żeby utrzymać życie, trzeba wypić 10 litrów. Dwa bukłaki z kozich skór nie mogły wystarczyć dla wszystkich.
Kto najpierw zostanie odstawiony od wody? Dzieci? Kobiety? Żołnierz? Biały mieszkaniec Zachodu, jest pierwszy do odstrzału. Za kilka godzin poczuję zwiotczenie mięśni, zacznę bełkotać, oddech stanie się krótki i przerywany, przyjdzie gorączka, potem osłabienie. I koniec. Na samym środku Sahary! Gdzieś czytałem, że ludzie na pustyni z rozpaczy wypijali benzynę. Wiedzieli że ich zabije, ale było im obojętne jak umrą. Przypomniałem sobie opisywane przez Francuzów znalezisko na pobliskiej pustyni. Silny wiatr odsłonił autobus pełen szkieletów. 
Leżałem pomiędzy pasterzem i czarownikiem. Krople z gerby spadały na serce, ale nie studziły emocji. Pociągnąłem wstrętny płyn z koziej nóżki. Haust o smaku garbnika, dawał godzinę życia. Wszyscy leżeli w cieniu samochodu. Matki okryły dzieci chustami. Panowało śmiertelne milczenie. Czekaliśmy na cud, ale raczej jednak na finał, w bezkresnym, niepojętym, absurdalnym różu Sahary. Żeby poznać Afrykę, oprócz wiedzy, trzeba mieć jeszcze kawał szczęścia.
            Założyli ostatni powróz do silnika. Powoli, z najwyższym wysiłkiem podniosłem ciężarki kłujących oczu. Słońce wali na odlew, prosto w twarz. - Trzymaj się, trzymaj, bo to ostatnia próba - powtarzałem w myślach. Za chwilę trzeba będzie jakimś cudem wejść na pakę. Złapać za metalowe taśmy. Utrzymać równowagę, bo jeśli spadnę sprawa rozwiąże się sama. Żołnierz i Aladi przyszli nieoczekiwanie. Zrobiłem kilkanaście kroków, pochyliłem się, bo mi pociemniało w  oczach, i nagle stał się cud. Zobaczyłem coś niesamowitego, coś co nie miało prawa istnieć. Trzy zielone źdźbła trawy. Coś nieziemskiego na bezdusznej, martwej, morderczej Saharze. Cud życia. Szansa na przetrwanie. Przez chwilę poczułem się lepiej. Pomyślałem, że trzeba jechać dalej, trzeba zakładać i rwać absurdalny sznurek, żeby nie umrzeć z braku wiary. Czy trawa, była znakiem?
            Mulaj krzyknął. Ludzie zaczęli machać rękami. Na horyzoncie pojawiła się ciemna bryła wielkiego berlieta na szerokich kołach. Tym razem to już nie fatamorgana. Z Timiaouine wysłano auto na ratunek.
Aladi i żołnierz wrzucili mnie na pakę. Za mną plecak i kapelusz. Wokół słyszałem głuchy łoskot wskakujących ludzi. Wytrąconych z letargu, ożywionych, rozgadanych. Do Timiaouine zostało 300 kilometrów. Do raju Tuaregów, gdzie codziennie odbywa się tinde,  cudowna zabawa. Tam, gdzie tańczą białe wielbłądy, a piękne kobiety recytują wiersze i grają na bębnach. Zapłaciłem wysoką cenę za bilet do Raju.
Aladi  powiedział tuareskie przysłowie: Aman Iman. Woda jest duszą. Żołnierz podał flaszkę i radził żeby pić powoli. Małymi łyczkami. Po każdym hauście żołądek się gwałtownie kurczy. Kilometr za kilometrem, łyk za łykiem, odzyskiwałem przytomność umysłu. Wściekły róż zaczął rzednąć. Pojawiła się żółć, potem małe wzniesienia, w końcu upstrzone akacjami góry Ardar. Trawa. Pasące się zebu. Lokalne karawany z miasteczka.
Raj wyglądał strasznie. Koszary, antena telegrafu, kilka brązowych, glinianych domów, kilkanaście namiotów, stada wielbłądów, kóz, owiec, rozbiegane dzieci. Prawdziwy Eden...
Zeskoczyłem na wydmę. Zatoczyłem się. Byłem cały w piachu, spocony, śmiertelnie zmęczony, z obolałym brzuchem, ciągle rozgrzanym sercem, które w żaden sposób nie dawało się uspokoić. Kierowca powiedział, że muszę iść do oficera. – Mogę się najpierw umyć? Wskazał palcem saharyjski prysznic. Wilgotna komórka, puszka wody. Rozebrałem się i uklęknąłem. Już miałem sięgnąć po naczynie, gdy zobaczyłem wielkiego skorpiona. Był czarny, olbrzymi, miał chyba z 15 centymetrów. Sięgnąłem dłonią do plecaka, wyjąłem manierkę i szybkim ruchem wrzuciłem go do środka. Lęk został uwięziony.
W Timiaouine zapadał zmrok. Wewnątrz chat płonęły ogniki. Tuareskie rodziny piły zieloną herbatę, jadły tłuczone daktyle, zmieszane z kozim mlekiem, serem, prosem, masłem. Każda zajmowała własny namiot. Hodowała 40 kóz lub 7 wielbłądów.
Dromadery ze spętanymi nogami cierpliwie gryzły listki akacji. Poczęstowałem staruszka pasterza papierosem. - Ależ ta Sahara okropna, zacząłem. – Co ty mówisz? Sahra jest dobra, ona żywi stada kóz i wielbłądów, i gazele, ona pozwala nam żyć i być szczęśliwymi, byleby choć czasem padał deszcz.
Zacząłem rozpytywać o Malika. Należał do bogatych mieszkańców wioski, mieszkał w jednym z glinianych domków. Jego ojciec to Arab, matka pochodziła z ludu Iforas. Wspólnym wysiłkiem stworzyli na pustyni zalążek lokalnego raju. Była tam studnia, z której ręcznie wyciągano wodę, były grządki, regularne uprawy warzyw: cebula, pomidory, sałata, drzewka owocowe. Ten raj – jak wierzył ojciec - miał zapoczątkować rozwój gospodarczy  miejscowości. Typowe afrykańskie gadanie.
- Masz szczęście, ucieszył się Malik. - Dzisiaj jest wesele.
Na błonia leżące przed frontem namiotów ze wszystkich stron schodziły dziewczęta w pięknych, paradnych, sudańskich tunikach: błękitnych, bordowych, czerwonych, zielonych... Szły miękko, sprężyście, przytulone do siebie, trzymając się za ręce, a czasem biegły tanecznym, lekkim krokiem. Mówiły głośno, swobodnie, często wybuchając śmiechem. "Są wysokie, smukłe, mają twarze o delikatnych rysach, poruszają się i noszą z wielką godnością. Wszyscy boją się ich obelg i sarkastycznych uwag" - pisał ojciec Karol de Foucauld. Miał rację. Są piękne. Są kwiatami pustyni. Piszą wiersze, rządzą mężczyznami i doskonale zdają sobie sprawę ze swej władzy.
Z okolicznych krzaków zaczęli wychodzić pasażerowie pechowej podróży. Odmienieni. Umyci. Przystrojeni w paradne tuniki. Przyjechali z Algieru i Libii, do Tamanrasset, a potem do Timiaouine na wesele. Byli gośćmi. Może dlatego wysłano ciężarówkę?
Kobiety siadają na wzorzystej macie, biorą na ręce dzieci, żartują, plotkują. Jest wśród nich, ubrana na biało, malijska śpiewaczka. Wprawnym ruchem naciąga skórę na stępę do ubijania ziarna i obwiązuje ją niebieskim nylonowym sznurkiem. Polewa wodą. Uderza dłońmi. Zaczyna śpiewać wysokim, dźwięcznym, przenikliwym głosem. Po chwili słychać chór miejscowych kobiet.
Mężczyźni i chłopcy, ubrani w piękne, pastelowe stroje, wsiadają na wielbłądy i powoli ruszają przed siebie. Zwierzęta idą w rytmie muzyki, dostosowując trucht do uderzeń bębna. Rozpoczyna się Ilougane, prawdziwa rewia na Saharze. Każdy jeździec chce pokazać jak doskonale panuje nad zwierzęciem, jak świetnie wytresował wierzchowca. Jakim jest znakomitym jeźdźcem.
Znów robi się noc, ale już inna noc, baśniowa, ekscytująca, gęsta od czarów. Pod gwiazdami płoną ogniska, pachnie mięso, chleb, zielona herbata, płomienie liżą językami księżyc.
Kobiety wybijają rytm klaszcząc w dłonie, wydają przeciągły, modulowany zaśpiew. Mężczyźni stoją w blasku ognisk. Poruszają się tanecznie, przytupują. Trwa pierwotny afrykański teatr na Saharze. Z kapłanką - solistką, z pieśniami, z chórem, z tańcem, okrzykami... Każdy tu jest aktorem, widzem, reżyserem i uczestnikiem spektaklu. Misterium trwa. Wyzwala. Spełnia. I oczyszcza.
Przed świtem zabawa osiąga apogeum. Młoda para już poszła do namiotu. Starsi mężczyźni palą krótkie fajeczki o charakterystycznym, intensywnym zapachu. Tytoń? Marihuana? Młodsi łączą się po dwóch, trzech i podskakują wysoko, jak ptaki nocy, z wielkimi rozpostartymi skrzydłami. Kobiety stoją osobno. Klaszczą i śpiewają. Jest trans, szalony rytm, bęben wodny pracuje po wariacku. U-jeeee, u-jeeee. Aaaaaaaaaa!!!! Eeeeeeee! Robi się zimno, nogi same zapraszają do tańca.
Świt przyszedł nagle. Miękkie, pastelowe barwy, wywoływały z mroku namioty, drzewa, wzniesienia, stada wielbłądów. Wokół trwał świat, jaki od setek lat istniał na Saharze. Przy sąsiednim ognisku zobaczyłem Tuarega z magnetofonem kasetowym, który przesłuchiwał nocne nagrania. Technika. Za chwilę zabije cały ten świat, w którym jeszcze jest coś prawdziwego. Plastykiem, coca colą, telewizorem, samochodem, a w końcu karabinem maszynowym przymocowanym do białej toyoty. – Po co nagrałeś wesele? – spytałem.
Tuareg spojrzał zdziwiony. – Przyjechałem z Libii – odpowiedział - gdzie pracujemy, żeby jakoś przeżyć i odkładamy na nowe stada, bo stare wymarły podczas suszy.  Wielbłądy, krowy, kozy… wszystko. Wrócimy, jak odłożymy pieniądze. Ale wiesz, z dala od pustyni, jest nam bardzo ciężko. Bardzo smutno bez naszych kobiet. Wieczorami słuchamy pieśni, które kochamy, które nie pozwalają nam zapomnieć o tym pięknym świecie. I dzięki temu zostajemy sobą.
Uchylając zasłonę wszedłem do lokalnej kawiarni. Stały tam dwa plastykowe stoły, kilka krzeseł, a przez głośnik zawieszony na słupie, odtwarzano muzykę. Rozpoznałem pieśni malijskiego griota z Gundam, przygrywającego sobie na tehardencie, instrumencie który nieco przypomina gitarę. Po chwili weszła wysoka dziewczyna w przewiewnej czarnej sukni, chłopak w zawoju na głowie, Olbrzymi tuareg z przytroczonym do pasa ozdobnym biczem na wielbłądy i zasłoniętą twarzą. Nie siadali, nie stali, kołysali się, podnosili ramiona, rytmicznie bili brawo.
Po chwili olbrzym podszedł, uśmiechnął się, dźwignął mnie i postawił pomiędzy tańczącymi. Dziewczyna zaśmiała się. Teraz kołysaliśmy się wspólnie w rytm muzyki. – Oni z jakiegoś powodu mnie wybrali, włączyli, przyjęli, chociaż byłem w dżinsach i berberskim kapeluszu – poczułem radość. Stał się cud. Duch odlatywał na Saharę. Było tak dobrze, marzyłem, żeby ta chwila trwała wiecznie. I pomyślałem że mógłbym zostać na zawsze w świecie baśni, narodzić się na nowo w Timiaouine, po drugiej stronie Sahary, którą przekroczyłem na granicy śmierci. Zaklęty cud trwał nadal. Zaczarowane koło wirowało. Młody chłopak wpadł w trans, padł na ziemię w konwulsjach, z jego ust płynęła piana. Dziewczyna osunęła się na kolana. Dokoła rozgrywało się coś niezwykłego, trudnego do pojęcia, wykraczającego poza wszystko o czym kiedykolwiek słyszałem. Przestrzeń kawiarni zaczęła się rozszerzać, w powietrzu wisiało coś obezwładniającego, tajemniczego, magicznego, baśń wciągała, przykuwała do ziemi i kazała zostać.
Afryki nie da się opisać. Afryka jest doświadczeniem, przeżyciem, czarem, a czasem nagłą śmiercią. Wyrwałem się z uścisków. Pobiegłem w stronę domu Malika. Czułem, że to, co działo się w kawiarni jakoś mi zagrażało.
- A więc spotkałeś Kele-sufa – zawyrokował chłopak. To się zdarza, zwłaszcza podczas tańców i magicznych obrzędów. Głodne demony ściągają z pustyni, wchodzą w ciała ludzi. Jednym porywają duszę, innych doprowadzają do obłędu, jeszcze innym zamieniają drogi i kierunki. Trzeba uważać. Ten, kogo musnął Kele-Suf, nigdy nie jest taki sam. Może zniknąć. Rozpuścić się w świecie oaz, wstąpić do klanu, wędrować bez końca wzdłuż Sahelu, a w najlepszym razie wrócić do domu i przez całe lata tęsknić za Saharą. Obrazy powracają w snach,  myślach,  wizjach. Jest przestrzeń, niby pusta, ale zawierająca w sobie inną pustkę. Nieznaną i złowrogą, chociaż piękną. Jest nieskończoność piasku i kamieni, błękit nieba, zieleń oaz, żółć diun, potęga skalnych gór i katedr. Wraca tęsknota do ciszy, do szmeru wiatru, śpiewu gwiazd, wschodów i zachodów słońca i księżyca. Jedziesz tramwajem, a nagle widzisz karawanę, albo oazę pełną Tuaregów. Kele – suf nigdy nie pozwoli ci zapomnieć. Ci, którzy chcieli doznać głębi i wielości światów zawsze medytowali na pustyniach. Jezus zmierzył się z Kele-Sufem wśród musztardowych wydm i zwałów piachu.
Wyszedłem przed dom. Na progu leżał Aka, chłopiec mający sześć czy siedem lat, sierota. Włóczył się za mną odkąd przyjechałem do oazy. – Zabierz mnie z sobą – prosił. – Ale dokąd? – Tam, gdzie jedziesz. Chłopak chciał się wyrwać do lepszego świata. Poszedłem do koszar zapytać, co mam zrobić.  – Ależ nic - odpowiedział oficer, nie możesz się nim opiekować. Jesteś niewiernym, a on muzułmaninem, musiałbyś dostać zgodę jego krewnych. Ja ci mówię, że nigdy jej nie dostaniesz. Zresztą po co? Wracasz do Polski. Ciekawe jakby zareagowała Twoja rodzina? Pakuj się, za dwie godziny jedzie terenówka.
Wracałem z Francuzami, którzy podróżowali z Mali. Wybrali inną drogę, przez błękit i żółć. Po kilku godzinach zobaczyliśmy stado gazeli. Kierowca zaczął je gonić i wtedy stał się cud. Pustynia zakwitła. Wybuchła barwami. Zielenią, czerwienią, żółcią i błękitem.
(Na motywach biografii dr Adama Rybińskiego)

piątek, 10 kwietnia 2020

Siódmy kalif


Miasto zamarzło. Pastelowe fasady kamienic prześwitywały przez bijącą od Wisły żółtą poświatę tajemnicy. Ze studzienek kanalizacyjnych wybuchały obłoki pary. Kraków był bezludny i kamienny. Zalodzony. Był zaklętą fortecą z Baśni tysiąca i jednej nocy. Trwał poza czasem i historią w jakiejś własnej, odrębnej, nieziemskiej narracji. Tylko frakcje ciepłego powietrza płynące z kominów nadawały obrazowi ruch i życie. Tworzyły szczególną estetykę – kojarzyły baśń z realnością.
Nagle spośród tumanów mgły wyjechała czarna, skrzypiąca karoca. Na koźle siedział wąsaty mężczyzna w kapeluszu, w głębi para: on blady, o mocnych rysach twarzy, pod krawatem, ona z porcelanową twarzą skrytą futrze – czarnooka, piękna, skądś ich wszystkich znałem…
Robiłem zdjęcia, traktując naciśnięcie migawki jako gest zamykający bezczas miasta w bezczasie obrazu, gdy nagle mój termos z herbatą odleciał uniesiony metafizycznym nastrojem i zagadkową aurą, najpierw ku Zwierzyńcowi, a potem wesoło frunął w stronę Tyńca...
Od knajpy na rogu Kominiarskiej płynął walc, poczułem zapach piwa i ogórków kwaszonych. A potem z welonu mgły wyszedł siwy starzec w czerwonym fezie, ten sam którego bez powodzenia szukałem po Marokach, Algieriach i Tunezjach, choć jak zapewniał poeta zawsze chodził ulicami tonącego w smugach ciemności miasta, kiedy prószyło mdłe światło z Wieży Mariackiej i hejnał odtrąbił północ. Był mitycznym siódmym kalifem, dzięki któremu świat wciąż istniał, a miasto przykryte pierzyną mgły mogło spać bezpiecznie. Skrzynecki podobno pił z nim wódkę.

wtorek, 7 kwietnia 2020

Misja

Miasto przyczaiło się pod rosnącą warstwą śniegu, który wciąż padał, okrywając drzewa miękką watą snu i zapomnienia. Wisła parowała. Białe ptaki, które unosiły się samotnie w powietrzu, wraz z rozedrganymi płatkami, wpadały w rodzaj transu kataleptycznego, hipnozy, otępienia, a nieliczni przechodnie, przeżywali stany z pogranicza jawy i fantazji, sądzili, że wchodzą do ogrodów zimy, gdzie spotykają zapomnianych mieszkańców, z innych, dawno minionych epok. Szedłem bulwarami, chroniąc leciwą leicę w połach płaszcza, połykając obłoki pary, wiatru, płatków śniegu, łapiąc do kamery czas, a może nawet więcej – promień światła, który pozostając poza cienką materią atmosfery, wciąż jest obecny i ujawnia się w rzadkich chwilach rozładowania energii, gdy czakram Wawelu zapada w letarg. 

Z mgły i wirowania płatków powoli wyłaniał się anioł. Był prześwietlony zimą, ogromny, gładki, niemal przezroczysty. Jego bladoróżowe usta układały się w półuśmiechu. – Nie, nie… wyszeptał podnosząc dłoń. – Nie trzeba… 

Odruchowo nacisnąłem migawkę. Płatki zawirowały, Cherubin, o złotych włosach, rozpłynął się w powietrzu, od Wisły zaryczała syrena przepływającej barki. Pomyślałem, że kapitan stracił panowanie nad okrętem, a może wpłynął w inny czas, dawny, mityczny, kiedy pod Wawelem było szerzej i rozlewniej, a na bulwarach handlowali piaskarze. Mgła gęstniała. Szedłem w kierunku Plant. Z oddali dobiegło człapanie konia i skrzypienie dorożki. Poczułem zapach świeżej kawy. Moja misja powoli się wyjaśniała…

niedziela, 5 kwietnia 2020

W poszukiwaniu imaginoskopu


Mróz srebrzył tory kolejowe, usztywnił zwrotnice, powlekł przekładnie, postawił na baczność drzewa, które przybrały postać zamarzniętych wartowników, wyprężonych jak gwardia przed pałacem zimy, a potem, jakby znudzony figlami i zabawami z nocą, zaczął malować pędzlem twarz księżyca: w subtelne liście, wybujałe osty, parzące skrzypy, rozłożyste łopiany.
Zamarzłe gwiazdy świeciły ostro jak klingi sztyletów, cudownie ukwadratowiona konstelacja Oriona pulsowała wśród mgławic lutowego nieba, wężowym ruchem spadały komety – kiedy szedłem...
Szedłem wzdłuż torów, trzymając w ręce sztywny od mrozu kawałek płótna, dar sędziwego pana Edwina – mistycznego Żyda, który jako dziecko spędzał wiele czasu w pracowni nauczyciela rysunków. Ten strzęp blejtramu, relikwia po Mistrzu, był mi wskazówką. Był kompasem. Był tajnym planem. Zapisem drogi wiodącej do imaginoskopu, który zapodział się w okolicach dworca podczas wojny. Podobno chcieli go wywieźć Niemcy i wykorzystać do robienia broni.
 – Daję szkic Tobie – powiedział drżącym od wzruszenia głosem – bo sam nigdy nie miałem odwagi zstąpić tak głęboko – w tak samotne, mroczne i straceńcze miejsce.
Droga wiodła do starej, opuszczonej lokomotywowni. Ciemna hala, pęknięta na pół pod ciężarem śniegu, wybrzuszała się na boki ponuro, ledwie liźnięta światłem księżyca. Wokoło stały kanciaste wraki weteranów szyn – wagony, drezyny, parowozy, zatopione w letargu, niepotrzebne. Pomiędzy nimi, w samym centrum zajezdni, z trudem znalazłem metalową płytę, pokrytą szklistym dywanem lśniących od lodu kamieni. Sięgnąłem po łom i podważyłem żelazny prostokąt... Buchnęło!
Z otwartej czeluści strzelił gorący oddech ziemi. Zapaliłem świeczkę i zstępowałem powoli, po zardzewiałych klamrach – ześlizgując się metr po metrze w głąb ciemności. Miałem wrażenie, jakbym schodził do źródeł czasu i niepamięci, widziałem intensywne obrazy dzieciństwa: babkę – wróżącą z kart, ojca, który zamienił się w świerszcza, wuja grającego na fortepianie szaleńcze akordy; przez chwilę widziałem także tajemniczą księgę, która była początkiem wszechzaklęć i alternatywą wszechrzeczy. Wokoło pachniało korzennie. Żelaziście. Czuć było trzewia ziemi. Kiedy szedłem...
Korytarz zamykały małe, żelazne drzwiczki. Szarpnąłem za uchwyt i stanąłem oko w oko z opalizującą kolorami kostką. Był to magiczny projektor wyświetlający obrazy zdarzeń, które nigdy nie miały miejsca, choć przecież mogły. Były więc alternatywą, podszewką, inną drogą…
Na zewnątrz blado świecił szklany księżyc. Wracałem pomiędzy straszydłami wagonów, wielkimi osiami, kołami, wypukłościami starych kotłów – wszystkim, co kiedyś przenosiło człowieka ku przyszłości, a dziś było niepotrzebnym złomem. Zastanawiałem się, czy szlachetna praktyka imaginoskopii, kogoś jeszcze zainteresuje. Może Michała Nizabitowskiego, który czule wpatruje się w strugi czasu, malarza Gromadę,  co śni barwy, Agatę Wawryszczuk fotografującą świat, który rozciąga się poza cienką powłoką zdarzeń? Czy ja wiem? A może my wszyscy należymy do odchodzącego gatunku, dawno minionej formacji, prastarego plemienia, które imaginowanie uznawało za najwyższą wartość, coś na kształt religii, magii, rytuału? Z oddali widziałem sylwetki ludzi bez podświadomości, którzy codziennie oglądali takie same historie na wielkich, plastikowych monitorach.


piątek, 3 kwietnia 2020

Memento mori (Fragment opowieści)


Krótki sen. Lekcja fizyki. Ćwiczenia z naczyń połączonych. W jednym słupku skondensowano: ubóstwo, samotność, wyrzeczenie. Co pozostało w słupku drugim?
- Kontemplacja jest oglądaniem Boga, widzeniem wieczności - mówią Konstytucje Kamedułów Góry Koronnej. To szczególny dar widzenia, szczególny stan... Ale o tym w pustelni w ogóle się nie rozmawia.
Łagodny, monotonny głos uderza o ściany celi. Siedzimy w domku, w którym za dwumetrowym murem Ojciec Marian spędził lat 50. W zupełnej ciszy. W idealnym milczeniu. 

- Podobno niektórzy doznawali Boga. Ale czy były to stany mistyczne, czy tylko chorobowe? – pytam prowokacyjnie. Po twarzy pustelnika przebiega lekki uśmiech. 
- Ekstaza budzi jeszcze większe wątpliwości - kojarzy się z urojeniem…
Przez chwilę przyglądam mu się uważniej: biała tunika, wielka siwa broda, lekko zamglone, niebieskawe oczy, łagodność ruchów, powściągliwość. Milczymy przez godzinę.
- To czego doświadczyłem - mówi nagle, jakby pod przymusem - nie było złudzeniem, choć te doznania obywają się bez słów - przez natchnienia. - Za każdym razem towarzyszyła mi trzeźwość myśli, skupiona uwaga, koncentracja na uzyskanej odpowiedzi. W końcu jej wypełnienie się w moim życiu. I przeżywałem wielkie poruszenie, radość - że jest Bóg, zachwyt - bo można się nim fascynować przez całą wieczność. Później przychodzi oświecenie. Możliwość podglądania życia przyszłego... Ale o tym nie będę opowiadał.
Na twarzy starca pojawia się zmęczenie. Od dawna nie wypowiedział tylu słów. Wszystko spisał. Gruby, czarny notatnik, leżący na biurku, zostanie odczytany po jego śmierci. Los świadectwa leży w rękach przeora. Dlaczego? - Medytujemy dla Boga nie dla sławy.
Podchodzi do okna. Przez dłuższą chwilę trwa w skupieniu. - To się zdarzyło zaledwie kilka razy - opowiada. - Po raz pierwszy po 5 latach pobytu w pustelni, potem po latach 15, 20. I wystarczy. Takie doznania można rozpamiętywać aż do śmierci. Co po nich pozostaje? - Zgoda na cierpienie.
Na parapecie okna usiadł ptak. Długi, wąski dziób stuka w cienką szybkę. Drobimy chleb, podajemy mu z dłoni okruszyny. Widać, że jest zadomowiony w eremie. Ptak - przyjaciel pustelnika. 

- Jeżeli przyjmiesz cierpienie, będzie dla ciebie darem, jeśli odrzucisz - piekłem... Innego piekła nie ma. Wszyscy zmartwychwstaniemy. Wszyscy będziemy szczęśliwi, chociaż nie każdy w takim samym stopniu. Ale tam nikt, nikomu, niczego nie zazdrości. Chwila zadumy. - Więc jeśli Bóg coś daje, to cierpienie.
Dzwon wzywa braci na modlitwy. Idziemy wąską uliczką w strefie ciszy. Z ogródków wychodzą zatopieni w rozmyślaniach eremici. Ojciec Marian bierze mnie pod rękę. Słyszę cichy głos płynący spod kaptura. - Moje życie się wypełniło. Czekam na śmierć. Na największe szczęście.


środa, 1 kwietnia 2020

Zbieracze gwiazd





Noc przecinały dwie świetlne linie – Kładka Zakochanych szybko uciekała w mrok i ginęła pośród gwiazd. Drogowskazami na tej ścieżce, wyzłoconej księżycowym puchem, były „kłódki miłości”– talizmany uczuć, oznakowane czerwonymi serduszkami, inicjałami i koniecznie znakami (+). Metalowe artefakty dyndały wokoło na wietrze, zaświadczając, że Haczyk i Zameczek wciąż jeszcze się uwielbiają. Choć czy na pewno, skoro uczucia tak łatwo ulegają dzisiaj rozkładowi?
Równoległa kładka – „droga dla rowerzystów, rencistów i osób niedookreślonych” – biegła obok, a później skręcała w dół. Jako człowiek niedookreślony szedłem po śliskim, czerwonym wężu, na którym gromadziły się odrobiny śniegu. W pewnej chwili zobaczyłem młodą parę. Zakochani mieli po 20 lat. Dziewczyna obejmowała chłopca za kark, wpatrywała mu się głęboko w oczy, robiła wrażenie, jakby go wchłaniała. Po chwili, po męsku, sięgnęła do ust wybrańca. W świetle księżyca wyglądała jak kobieta – odkurzacz, wsysająca ekstrakt pożądania.
Z oddali zobaczyłem sylwetkę Mieczysława Święcickiego – w długim czarnym płaszczu, kapeluszu i czerwonym szaliku – szedł powoli, oganiając się laską od aniołów. Najbardziej natrętny anioł miał miedziane włosy i słodki głos sopranistki. Wymieniliśmy ukłony i uśmiechy. - Może mnie pan sfotografować - powiedział serdecznie widząc leicę. Nacisnąłem migawkę zdając sobie sprawę, że ten gest ma sens rytualny i magiczny, że jest wyborem cząsteczki z nieskończoności, cząsteczki, którą odnalazły w mroku moje emocje. Że tak zrobione zdjęcie to mój portret. On zdawał się dobrze o tym wiedzieć.
Kładka skręcała w bok i przechodziła w mały placyk. Nie wiedząc, co robić, położyłem się na ziemi i długo patrzyłem na wirujące płatki. Pomiędzy nimi widziałem małe gwiazdy, które spadały na okoliczne bulwary. Zbieracze tylko na to czekali. Rzucili się całą czeredą z jutowymi workami. Wzdłuż Wisły ciągnął się metaliczny śpiew aniołów.