poniedziałek, 18 maja 2020

Droga do Marrakeszu

Fragment książki "Spacer po mieście szaleńców"

Szybka maczeta wieczoru tnie marcowe niebo. Sklepienie broczy śliską, malinową poświatą. Czerwień spływa powoli jak sok. Rozlewa się na zielone pagórki wypełnione trawą, niskimi krzewami, dębami korkowymi, sosnami - obramowane nagimi, szklistymi skałami - wielkimi białymi głazami.
Krętymi dróżkami od przejścia granicznego w Ceucie jadą stare, wypakowane towarem ciężarówki, wiozące zepsute rowery, garnki, sprzęt elektroniczny, ciągną pieszo objuczone góralki i bieda-handlarze na osłach. Wszyscy są  mieszkańcami górskich wiosek. Mają prawo do przepustek, czyli bezcłowych zakupów. Każdy w 7 koszulach, w 3 parach spodni, z plecakiem i siatami towaru, który jutro trafi na lokalny jarmark.
Te obrazki mają w sobie coś swojskiego… zatłoczone przejście w Medyce! Most przyjaźni w Cieszynie. Lokalne przygraniczne targi. Raje tanich produktów rozciągające się  między światem biedy i światem dobrobytu, gdzie wysłużone rzeczy, które się już bogatszym znudziły wywołują błysk pożądania w oczach biedaków – zyskują nowe życie, odbudowują nadszarpniętą godność, odzyskują młodość. Błyszczą. Triumfują.
Nad głową kierowcy wisi wentylator z lat 60-tych. Linia jest tania, wnętrze się lepi od brudu. Pasażerowie, ubrani w stroje regionalne, mówią w dariji albo w dialekcie rifeńskim. Żaden z nich – poza kierowcą - nie zna francuskiego.
Po drodze przeglądam pożyczoną od Tomka książkę: „Podróże” Jana Potockiego. Hrabia był pierwszym Polakiem w Maroku i ambasada tłumaczy właśnie jego reportaż z wędrówki po egzotycznym państwie na arabski. To będzie wydarzenie kulturalne. Jedyne w swoim rodzaju, bo mało jest nitek, które splatają nasze kraje. Podczas uroczystości nastąpi odsłonięcie płaskorzeźby Tomka „Comte Potocki”, która zawiśnie w archiwum państwowym.
Przeglądam kolejne strony opowieści. 1 lipca 1791, Polak wylądował „u ujścia dość szerokiej rzeki”. Rozejrzał się, wyjął kajet i napisał: „Piaszczyste pobrzeże obsiedli gdzieniegdzie rybacy; nieco dalej, bez obawy przed Akteonami, kąpie się gromada Murzynek…” Mnóstwo miejscowych zajmowało się zbieraniem kłosów, wśród nich wiele kobiet, ale powiedziano mi, że są bez wyjątku stare i brzydkie, gdyż młode i ładne skierowano do przyjemniejszych zatrudnień…”
To fakt. Dorodne Rifenki, zwłaszcza z plemienia Dziballów, do dziś zasilają tangerskie burdele, a w stolicy Rifu aż do 1937 roku odbywały się regularne aukcje homoseksualistów z plemion Gomara i Sehhadia… Cóż, inna kultura, inne obyczaje, inny stosunek do seksu, inny temperament.
W kolejnym rozdziale hrabia Jan przybywa do kaida, gdzie otrzymuje kwaterę, poczęstunek: mleko, daktyle, jajka, kury, a królewski urzędnik pisze list do cesarza – powiadamiając o przybyciu gościa z Polski. Dla Marokańczyków było to więc także jakieś wydarzenie, być może nawet polityczne? Potocki nie mógł być po prostu turystą lecz dyplomatą wypełniającym jakąś misję.
Zanim otrzymał zaproszenie do Rabatu, zanim podobnie jak ja, wyruszył na Południe, składał wizyty, zwiedzał pałace i ogrody, rozmawiał z połykaczami wężów, brał udział w polowaniach – zanotował, że w okolicy grasuje sporo tygrysów i lwów, a ten kto zje mózg hieny – straci rozum. Rif fascynował go swoją wspaniałą, okrutną, surową urodą.
Droga przez góry jest piękna i dzika jak w XVIII wieku. Wokoło rosną dęby korkowe, lasy cedrowe, sosny i kaktusy. W przepaściach stoi gęsta, ciężka mgła. Powyżej, na czerwonych tarasach, w zachodzącym słońcu, błyszczą srebrne folie skrywające plantacje marihuany. Na stokach stoją biblijni starcy z laskami w dłoniach – wpatrują się w autobus, będący tu, na krętych górskich ścieżkach, atrakcją cywilizacyjną.
Od czasu do czasu mignie ruda chata, przylepiona do nieba wąską stróżką dymu. Tuż obok stoi dziballijska kobieta, w wielkim słomianym kapeluszu, oferuje ser i chleb własnego wypieku. Miejscowi górale od wieków cieszyli się złą sławą. Życie upływało im na nieustannych walkach. Każde plemię miało wrogów, każdy ród  krwawe waśnie, każdy człowiek potencjalnego zabójcę. Wendetty wydatnie zmniejszały liczbę ludności, mienie zamordowanych przepadało, a chłopiec, który myślał o małżeństwie, musiał zabić rywala, żeby dowieść, że jest mężczyzną… Dzicy i niespokojni górale zwyciężali w wojnach z Hiszpanami i Marokańczykami. Mają swój język, odrębną kulturę, inne obyczaje i własne plemienne tajemnice.
Zza okien autobusu widać nędzne wioski, pełne brunatnych, stłoczonych obok siebie domków. W każdym są dwa pokoje. W jednym się je, a w drugim cała rodzina śpi pokotem na dywanach. Nie ma wody, kanalizacji, często i elektryczności. Ale rozbawione dzieci, które gonią za piłką, robią wrażenie szczęśliwych. Ich radość jest jedynym skarbem ubogiego człowieka, który nie ma przed sobą żadnych większych perspektyw.
Postój w górskim miasteczku. Dokoła widać egzotycznie ubranych ludzi w ciężkich wełnianych płaszczach, którzy zjechali z osad na zaimprowizowany targ. Niespiesznie rozmawiają, palą kif, zmieszany z czarną tabaką. Patrzą w niebo, które przypomina teraz wielki, rozcięty kawał schabu.
Są wśród nich starcy, dzieci, smutne psy, kobiety. Mężczyzn nie ma. Uciekli do Hiszpanii. Dawniej przysyłali do wioski kasety wideo z nagraniami dla rodzin – przemawiali na filmach z namaszczeniem: do ojców, synów, matek, żon i córek – przemawiali, bo wszyscy byli analfabetami. Dziś posługują się skypem, w górskich miasteczkach cyber-kafejki robią prawdziwą furorę.
Czasem ktoś zza morza przywiezie używane ubrania i porozwiesza je na jarmarku. Na okoliczne wioski spada wtedy cień rozpaczy! Są to ubrania ludzi, którzy zaryzykowali przeprawę przez morze, ale nie dopłynęli żywi do Hiszpanii. W Hansali cała wieś złożyła się na sprowadzenie zwłok swojaka. Przedsiębiorca pogrzebowy, który chciał na transporcie zrobić biznes życia, zrezygnował z zapłaty.
- …bo na czym można zarobić w górach? – pyta retorycznie kierowca autobusu - Uprawiać warzywa? Zająć się hodowlą? Gdyby nie strefa wolnocłowa w Ceucie i marihuana wszyscy by tu już dawno wyzdychali. Kif jest wydajny, kif się sprzedaje, za kif płaci mafia, płacą turyści, płacą ryzykanci, każdy płaci. Dlatego chociaż upraw zakazano, w koło ciągną się hektary pól marihuany: w korytach wyschniętych rzek, na wzgórzach, w lasach.
Na kolejnym przystanku w małym miasteczku wchodzi do autobusu Halima – młoda, może 30-letnia, piękna dziewczyna, pachnąca fiołkowymi perfumami, jakie wyrabia się tylko w Fezie. Siada obok, uśmiecha się, zagaduje. Jest śmiała, zachowuje się jak Europejka. Zerkam wokół - widzę milczące twarze mężczyzn w dżelabach i ciężkie spojrzenia okutanych kobiet, spojrzenia, które nic nie wyrażają. Czy kryje się w nich potępienie? Obojętność? Aprobata dla pogawędki cudzoziemca z miejscową dziewczyną? Nie wiem. Wiem, że jestem jedynym Europejczykiem w górach.
Autobus gwałtownie przechyla się na bok, Halima, nie zmieniając tonu, zaczyna wypytywać dokąd jadę. Żartuje, wysyła sms-y, poprawia makijaż i udziela mi krótkich lekcji francuskiego. Może jest marokańską feministką?
Z zakamarków pamięci wyłania się cytat z Fatimy Mernissi: „Nowa Szacherezada prowadzi nieustające dyskusje z mężczyznami, zarówno krewnymi, jak nieznajomymi. Nieznajomi mężczyźni, w sferze publicznej, są dla niej współobywatelami. Nowa Szecherezada prowadzi rozmowy w dzień i w nocy, a żaden król nie ogranicza jej wypowiedzi. Co więcej, Nowa Szecherezada sama tworzy swoją własną przestrzeń publiczną i zaprasza nieznajomych obywateli do dyskusji”. Czyżby Halima chciała tworzyć ze mną zręby społeczeństwa obywatelskiego?
- Jestem półsierotą – opowiada - wyszłam za mąż w wieku 18 lat, za 50-letniego aptekarza z Fezu. Ale co ja wtedy wiedziałem o małżeństwie! Mąż jest obojętny, zimny, odczuwam samotność, już sama nie wiem, co powinnam robić… Kiedy nastrajam się na ton współczucia pyta nagle, czy mój plecak jest wypełniony kifem. Żartuje. Dowcipkuje. - A może jesteś przemytnikiem? Wysiadam z ulgą w Ketamie. Na pożegnanie słyszę – Żakob! Ty naprawdę musisz na siebie uważać!
Dokoła ciągnie się betonowy dworzec. Jest brudno. Wszyscy palą marihuanę, są rozgadani, uśmiechnięci, mają w oczach coś miękkiego… Podchodzę do właściciela motoru z przyczepą, który jest tutaj taksówkarzem. - Chciałbym zobaczyć gospodarstwo agroturystyczne. Wyciągam 100 dirhamów.
Abdullah: czterdziestoletni, nieogolony mężczyzna w zawoju i wełnianej kurtce, podskakuje radośnie na siodełku, bo wie, że dziś zarobi. Jedzie ostro, jak to w Maroku. Od razu pełnym gazem, nie przejmując się kałużami i dziurami na drodze. Szosa wije się coraz wyżej, ostrzej – ku wzgórzom otoczonym tarasami pól uprawnych. Ku kwadratowym domkom, z płaskimi dachami. Ku kozom i osiołkom.
 Po chwili otwiera metalową bramę, wjeżdża na podwórko, macha ręką na dzieci, które kopią w piłkę wśród zielonych upraw, przykrytych jeszcze o tej porze roku przezroczystą folią. – Proszę – mówi z satysfakcją. - Na pewno chce się pan sfotografować. Nie? Dziwne. Wszyscy się fotografują.
Na dachu leżą poukładane w pryzmach chude, zielone snopki. Gospodarz kładzie jeden z nich na metalowym talerzu, wsadza do plastykowego worka i uderza kilka razy cienkim drutem. Po chwili talerz jest pełen brunatnego, kleistego proszku, który po ugnieceniu tworzy  kulkę.
- Nie chcesz kifu? Ani mandżunu? – Abdullahowi wydłuża się szczęka. - Cena jest przecież dobra – bąka. - Nie chodzi o cenę? To może zjesz obiad, żona zrobiła kus-kus.
Siadamy na starym, wysłużonym dywanie. Korpulentna Rifenka rozpościera obrus, stawia przed nami dwie miseczki oliwek i wielką, gorącą michę żarcia. Biesiadnicy dostają do ręki po kawałku placka, który zastępuje łyżkę. Jemy na sposób plemienny. Nikt się nie spieszy, wszyscy w skupieniu sięgają do miednicy prawą ręką: żujemy kaszę, połówki jajek na twardo, kurze mięso, chleb, oliwki.
Po obiedzie Abdullah przynosi gitarę i śpiewa arabskie piosenki. Myślę, jak wiele w moim życiu się zmieniło i co bym teraz robił, gdybym nadal pracował w redakcji. Czytałbym źle napisane teksty młodych reporterów. Teksty bez głębszych myśli. Sprawozdania z imprez, posiedzeń, opisy instytucji. Trzeba mieć wiele talentu, żeby narysować człowieka. Żeby go w ogóle wyodrębnić z tłumu. Do  pisania o ludziach, trzeba być artystą. A artyści nie są już potrzebni.  Więc może dobrze, że mnie wyrzucili - myślę sięgając po jointa. A co będę robił? Bóg jeden wie. Może zostanę aktorem w filmach na Saharze? A jeśli nie, to mogę pracować fizycznie. Załapać się w jakimś hotelu? Knajpie? Po latach bezbrzeżnego smutku, do moich myśli wkradła się nadzieja. Jeśli tak dalej pójdzie to odstawię prozac.
Znowu jest wieczór. Daję Abdullahowi 10 euro za obiad i podwózkę do postoju grande taxi. Wiatr wzdyma szkliste, malinowe niebo. Słońce przelewa się przez grzbiety gór i spada powoli na rifeńskie wioski. Idzie wiosna.

niedziela, 10 maja 2020

Dżinnija, Tomek Lubin i kogut z Tangeru


Tego Tangeru ze zdjęcia już nie ma. Trzeba iść z nosem przy ziemi i z zamkniętymi oczami, żeby go usłyszeć, poczuć, przeżyć. Tanger to bunt. Kontrkultura. Ucieczka przed jałowym, beznadziejnym, korporacyjno-globalistycznym widzeniem świata. Utopia. Oaza wolnych artystów. Słodko zdeprawowany raj w dymie marihuany. Na potwierdzenie fragment powstającej książki "Spacer po mieście szaleńców":
Dżinnija, Tomek Lubin i kogut z Tangeru
Czerwona piłka słońca stacza się po stoku Starej Góry, robi lej w morzu i wybucha smugą czerwieni. Przez chwilę słychać monotonny szum fal, krzyk mew, pokrzykiwanie tragarzy, obsługujących ostatni prom z Hiszpanii.
 – Panie, dzisiaj strajkują taksówkarze!… - Na medynie jest strasznie niebezpiecznie!… - Twój hotel się spalił!… - Daj walizkę! – No daj, dawaj. Chyba, do cholery, nie jesteś rasistą!?
Kiedy w porcie trwa walka, medynę ogarnia już muzyka zmierzchu. Wieczór sączy się rynsztokami, a potem płynie potokami prosto z kasby, wąskimi, krętymi uliczkami, otaczając znienacka wystraszone koty, które robią oczy do przechodniów. Wraz z narastaniem mroku gwar gaśnie, błyskają mleczne światła żarówek.
Tylko dzieci niczego nie zauważają, tańczą, grają w piłkę, chłopcy gonią swoich kolegów, dziewczynki podskakują i wykrzykują arabskie wyliczanki. Wszyscy żyją na ulicy, wśród sąsiadów, wspólnie, wesoło, jak na wsi. Medyna to miejsce, którego nikt nie potrafi opuścić. Teren plemiennych więzi, odwiecznych porządków, warsztat pracy, dom, meczet, centrum świata. U nas takich miejsc już nie ma.
Ciemność wciąż spływa ku dołowi, przez chwilę kłębi się przy grobowcu Ibn Battuty, a potem popędzi w dół – ku Petite Socco i zawijasami, aż do pustego o tej porze portu. Na stopniach żelaznego pomostu siedzi milczący Anglik z plerezą siwych włosów i fajką haszyszu. Kim jest i jak długo przebywa w Maroku? Kilka lat, czy kilka stuleci?
Czerwony księżyc wynurza się nagle – w całej pełni. Przez chwilę trwa cisza, przerywana  lekkimi podmuchami wiatru i syczeniem spadających gwiazd, które wolno gasną. Z ciszy i szeptu fal wypływa muzyka. Początkowo  poruszający dźwięk zaledwie jednej struny, potem głos kobiety - niezwykły, przykuwający uwagę, przenikliwy, wchodzący prosto w trzewia.
Idę przez zaułki zatopione w bezczasie. Mijam staroświecko ubranych ludzi. Ludzi o czarnych i śniadych twarzach wyrzeźbionych z hebanu. Potomków niewolników i potomków ich arabskich panów.  Przechodzę przez pasaże i placyki, aż do kawiarni zatopionej w dymie marihuany. Na scenie, w obcisłym czarnym podkoszulku, w  czarnych skórzanych spodniach, przepasana czerwonym pasem, stoi Yasmine. Jej piękną, pociągłą twarz skrywają długie włosy, które raz po raz odgarnia dłonią pełną złotych bransolet. Tańczy nie odrywając bosych stóp od ziemi. Jest królową zmierzchu.
Wraz z ciemnością płyną słowa palestyńskiego poety Mahmuda Darwisza.  Publiczność kamienieje. Teraz do pieśniarki dołącza muzyk gnawa, grający na metalowych grzechotkach, które kiedyś, w dawnych czasach, były kajdanami. Gnawa to niebezpieczna muzyka, przyciągająca dżiny. Potęguje mrok w ludzkich sercach, oszałamia, prowadzi zmysły na manowce, ale Yasmine trzyma w ryzach ifryty.
W rogu, przy małym stoliku, popija miętową herbatę najstarszy pisarz Tangeru Mohammet Mrabet. Trudno go nie rozpoznać. Na świecie jest tylko jeden pisarz – analfabeta, który wymyśla i dyktuje uczniom historie.  Obok siedzi kilku arabskich malarzy, których widziałem rano w galerii Cervantes i pysznie ubrane kobiety, aktorki z festiwalu teatrów. Wszyscy  są poruszeni. Przykuci do stołków, oszołomieni śpiewem stopionym z muzyką. Yasmine schodzi z podium. Już jej nie ma. Pozostał znak emocji. Za emocją podąża niepokój. Zapalam skręta. Rzeczywistość rozciąga się od symboli do wizji.
Idę przez wieczorny tłum w stronę dzielnicy Bucknadel, obok upadłego i dawno już zamkniętego kina Alcasar, przed którym, mimo nocnej pory, uliczny sprzedawca w długiej, szarej dżalabiji,  handluje rybami z drewnianego wózka. Gdzieniegdzie błyszczą lampki straganów. Oświetlają  śniade, brodate twarze, otoczone długimi wełnianymi kapturami płaszczów. Nagle jakiś starzec pada na kolana i wali głową w krawężnik… Leje się krew, powstaje zbiegowisko.
Kolejny placyk wypełniają stoły, przy których trwa uliczne przyjęcie. Gospodarzem jest Francuz: w dżinsach, niebieskiej marynarce, z jedwabną amarantową chustką wokół szyi. – Czy zechce Pan wziąć udział w wydarzeniu „Kolacja z kogutem” – pyta podając mi rękę. Uśmiecham się odruchowo. – Będę zaszczycony…
Na stołach króluje tadżin roznoszony przez kelnerów z pobliskiej restauracji, a do picia są fanta i zielona herbata. Starsi popalają haszysz w małych, drewnianych fajeczkach. Młodzi chłopcy flirtują z dziewczętami. Turyści nie wiedzą co jest grane, ale przyjmują wszystko za dobrą monetę. Nagle Francuz naciska guzik. Balkon sąsiedniego budynku oświetla mleczne światło. Z ciemności wyłania się oszklona klatka, a w niej wielki, wypchany kogut. Magnetofon odtwarza arię ptaka. – Tomek, jesteś szalony – krzyczy mężczyzna w wytwornej białej dżalabiji.
– Tak. On jest szalony - śmieją się Arabowie.
- Wypchany kogut od lat żył na sąsiednim balkonie, był przyjacielem artysty - wyjaśnia mi właściciel dżalabiji – książę Jamal. - Gdy zdechł, Tomek postanowił go zmienić w dzieło sztuki… Dziś ptak zmartwychwstał. To typowe dla waszej kultury…
Wracam przez medynę podekscytowany. Zatopiony w nocy pachnącej narkotykami, gnojem, miętą, czasem minionym, który utworzył w mieście zastoinę. Idę zaułkami do hotelu. Żelazna brama głośno skrzypi. Portier ziewa i niedbałym gestem poprawia koszulę. Wokoło chodzą senne kury. Nad głową wisi ciężka kurtyna afrykańskiej nocy. Wielkie  gwiazdy tańczą wokół księżyca. W dole ciągnie się port. Maszty jachtów podskakują na wodzie. Po raz pierwszy nie czuję samotności, choroby, która od lat przynosi przykre ssanie w przeponie.  
Recepcjonista w czarnym, tu i ówdzie rozdartym mundurze, przypomina postaci ze sztuk Tadeusza Kantora. Kładzie torbę na głowie i gramoli się na trzecie piętro. Wokoło trwa mroczna aura, kolonializm w stanie głębokiego rozkładu: złuszczone tapety, pordzewiałe kinkiety, zniszczone dywany, rozeschnięte meble.
Klucza do pokoju brakuje. - Kiedyś był, ale ostatni gość go zgubił – wyjaśnia ze śmiechem nocny portier. Ze ścian pokoju odpadają tapety. Łóżko, pochodzące z czasów pierwszego sułtanatu, głośno skrzypi. Jest jakiś zabytkowy wieszak na pranie i niby-taboret, z brudną, zieloną, poduszką. Drzwi noszą ślady włamań.  Pokojowa tabliczka, z numerem 303 urwała się i wisi pionowo. Wkrótce odpadnie za starości. Hotel Continental – perła kurortu, który w latach 60. był bardziej popularny od Cannes – rozkłada się na moich oczach.
Szarpię za stare, zardzewiałe okno, z archaicznym zamkiem,  które opiera się i wypręża. Wreszcie, po kilku atakach puszcza ciężko skrzypiąc. Do wnętrza wpada chłód, podbity ostrym smrodem portu. Patrzę na martwe pudła ciężarówek, zastygłe, pogrążone w bezruchu, jak wielkie zwierzęta, na opustoszały budynek odpraw i pełgające w oddali światła Gibraltaru.  
Kto wie, ilu migrantów płynie właśnie w stronę Europy?

sobota, 9 maja 2020

Ostatni sprawiedliwy


Mistrz widział przed sobą kawałek czarnego parasola, brązową taflę wody, z której buchały gęste kłęby pary i zegar, zawieszony na ścianie kąpieliska termalnego. Padał deszcz. Było lodowato. Spod czarnego spłachetka nylonu spoglądał na skradających się kuracjuszy, ubranych w białe kokony tłuszczu, usiłujących jak co rano znaleźć plastikowe krzesła, na których pozostawią siatki z ubraniami i ręczniki, rozglądających się na boki, stąpających ostrożnie, przewracających się na ziemię, zbierających niezdarnie wielkie ciała. Przypominali stare, afrykańskie zwierzęta – otyłe nosorożce, wyliniałe lwy, pomarszczone słonie, orangutany, goryle, strusie... Ale jemu kojarzyli się z… oskarżonymi.
Ten starszy mężczyzna w białej bejsbolówce, to oszust (artykuł 286, od 6 miesięcy do 8 lat). Już siedział. Gdzie? W Strzelcach Opolskich, w Zakładzie Karnym nr. 1.  Uwiódł 26 kobiet. A tamten barczysty, z rozrośniętą klatką, to sadysta, znęca się nad żoną i dziećmi (artykuł 207, od trzech miesięcy do 7 lat pozbawienia wolności). Pani z nylonowym workiem na głowie to wdowa. Mąż, alkoholik, powiesił się w szafie pół roku temu. Poczuła wtedy wielką ulgę, a teraz leczy skołatane nerwy w termach. Co dalej? Będzie miała romans z sąsiadem, który łakomym okiem zerka na majątek…. Ale nie tym się miał zajmować. Napływające emocje go rozstrajały.
Wczorajszej nocy śledził oszalałe niebo – rozpędzone w bezładzie konstelacje gwiazd, krwiste komety, rozwibrowane, galaktyki, Wenus świeciła nieprawdopodobnym blaskiem, wybuchy na słońcu osiągnęły prędkość alfa, coś się święciło, coś wisiało w powietrzu, ale co? Nie wiedział. Czuł, że traci moc. Kosmos przemawiał obcym głosem. To było niebezpieczne i zagrażające. Coś się zdarzy. Wojna?
Przypomniał sobie młodzieńczą wizytę u słynnej wróżki Eulalii Winkowskiej, która podobno, za spełnioną wróżbę, dostała forda od księżnej Wittemberskiej. Kiedy wszedł do salonu piła wódkę. Spojrzała i rzuciła. – Przed chwilą widziałam Gomułkę w krwawej poświacie. Strzel se pan. Siadaj. Następnego dnia doszło do wypadków na Wybrzeżu…
To była przełomowa chwila. Wtedy po raz pierwszy zachwiał się w nim światopogląd materialistyczny. Pomyślał, że niektórzy mogą przewidywać bieg historii posługując się… intuicją? duchowością? Czyli czym? Wysoko zorganizowaną materią?
Spadł gęsty deszcz. Mistrz był zdenerwowany. Kątem oka zobaczył siedzącą na ławce parę manekinów w strojach krakowskich. Jeszcze wczoraj mężczyzna trzymał w dłoni flaszkę wina, ale w nocy ją ukradziono (art. 278 KK, od 3 miesięcy do 5 lat)  a kobieta, w rozczłapanych butach i w podniesionym przez wiatr fartuchu, wyglądała na zgwałconą (art. 197 KK dwa lata w zawiasach, ze względu na manekin).
– Wszystko możliwe – pomyślał, znał życie na wylot.
Był emerytowanym prokuratorem wojewódzkim,  nazywał się Zdzisław Knop. Karierę rozpoczął po wojnie, jako sędzia sądu wojskowego. Ten sąd… dziś nie chce o tym wspominać, skazywał bez udziału adwokata. Karę śmierci wydawano… często. Po kilku latach wstąpił do PZPR. Tępił spekulantów, niszczył wrogów ustroju socjalistycznego.
Kiedy już wszystkich wytępił wszczął śledztwo w sprawie słynnego astrologa. Adolf Schuman dokonał pospolitego przestępstwa, innej czynności seksualnej z 14 - letnią dziewczyną (art. 200 KK, od 2 do 12 lat). Jednak zapierał się, że go cynicznie wprowadziła w błąd, żeby później szantażować. Na dowód pokazał milicjantom mandalę, czarne kółko zadrukowane symbolami i oznaczone datą urodzenia, co miało dowodzić, że udawała pełnoletnią.
Zdzisław Knop znajdował dziwną przyjemność w rozmowach z Schumanem. Mistrz był tajemniczy i często zaskakiwał go trafnością sądów. Mówił rzeczy, które przypominały Eulalię Winkowską. Siedząc w celi wykonał horoskop opisujący szczegółowo całe życie prawnika. Były w nim także trupy, chowane po wojnie w leśnych dołach przez towarzyszy z Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego… Szybko wyszedł na wolność.
Wkrótce prokurator zaczął uchodzić za mistrza wiedzy gwiezdnej. Na jego odczyty przychodziły tłumy. Zwłaszcza od chwili, gdy dokonał cudu, który opisały media. Tego dnia swoje wystąpienie zaczął od stwierdzenia, że kiedy jechał na wykład, widział startujący samolot i odnotował godzinę – była 16.15. - Zobaczymy co się z nim dzieje teraz. Porwał kredę, zaczął kreślić linie. Spojrzał na zegarek, odwrócił się i powiedział – Proszę państwa samolot spadł 3 minuty temu w okolicach Zawoi… 
Im więcej Mistrz wiedział o astrologii, tym bardziej karlał jego światopogląd. Kiedy czytał akta policyjne rutynowo spoglądał na mandalę i podejmował decyzję w sprawie oskarżenia. Jeśli z horoskopu widać było, że oskarżony to swój chłop – pomagał. Jeśli miał cechy recydywisty - miażdżył.
Na emeryturze wkroczył w nowy etap – miał wizje i uważał, że wpływa na położenie świata. Nie zostało w nim nic z dawnego bojownika leninizmu. Zupełne bankructwo. – Może jestem jednym z 10 sprawiedliwych? – pytał dziennikarzy z uśmiechem. - Drugim jest Schuman. A kolejny mieszka podobno w Tunisie… Chętnie by uwierzyli, gdyby nie pamięć o przeszłości.  Ale czy zbrodnie komunistyczne mają wpływ na wizje kosmiczne?
Przestało padać. Mistrz zamknął oczy. Całym wysiłkiem woli znalazł się na skraju mocy, zaczerpnął światła, odzyskał pewność. Wiedział już, że zbliża się pandemia. Kiedy wychodził z zakładu przyrodoleczniczego, czuł w dłoniach moc, dokoła buchały kłęby pary, Saturn powoli piął się ku konstelacji Skorpiona. Postanowił, że uratuje świat! Napisał list do polityka:
„Szanowny Panie, jestem największym polskim astrologiem, który przewidział m.in. upadek samolotu w Zawoi (do sprawdzenia w relacjach prasowych). Wiem też dokładnie, kiedy i w jakich okolicznościach zakończy Pan urzędowanie oraz jak temu zapobiec – załącznik nr 1. Dziś zrozumiałem, na podstawie ruchu gwiazd, że do Europy zbliża się pandemia, która uderzy w nasz kraj 1 marca 2020 o godzinie 20.00. Proszę postawić w stan gotowości wszystkie służby. Zapewniam, że zostanie Pan bohaterem…”
Po kilku dniach pod dom astrologa podjechała limuzyna. Do drzwi zastukał facet w garniturze. – Zdzisław Knop? Pan napisał list…? Serce zabiło mu mocniej. Znowu odgrywał ulubioną rolę.  Wpływał na historię. Gdyby był młodszy, pomyślałby o karierze w sądzie najwyższym.


piątek, 8 maja 2020

Urodziny


Wskoczyłem w życie jak w dżinsy. Ze śniadaniem – kawa i papierosy caro - wyszedłem na balkon. W światło. W ciepło. W przejrzyste powietrze lata, które ogarniało ludzi i rośliny delikatnym powiewem wakacji. Pod stopami ścielił się nasz ogród, dawniej francuski, a teraz angielski, z mocnymi akcentami parkowymi i gęstymi zacienionymi zaroślami, z altankami i ławeczkami – 20 arów zieleni w samym centrum Krakowa.
Drzewa stały na baczność, wyprężone w ostrym świetle lipca. Lekki wiatr kołysał delikatnie koroną lipy, gałęziami brzozy i czeremchy. Na trawnikach świeciły klomby pełne aksamitek i czerwono-żółtych lewkonii, które konkurowały ze stonowaną klasyczną urodą lilii, dalii i gladioli. Pod płotem rosły miodowe słoneczniki, krwiste maki i błękitne fiołki. Wszystko to, zaplanowane w szczegółach i rozpisane na kolejne miesiące, było dziełem babci, mistrzyni sztuki ogrodniczej, która odeszła, ponieważ nie chciało jej się dłużej żyć, bo wszyscy wnukowie umierali. Niepostrzeżenie, niemal niezauważalnie, dołączyła do moich młodszych kuzynów cierpiących na tajemniczą, nieznaną chorobę. Ale ja żyłem nadal… o tym nie myślała? Mnie mogła sobie darować?
Dziś miałem 18 urodziny. Postanowiłem je obejść wspólnie z kolegami z nowej szkoły. Choć wypadały pod koniec w lipca, obiecywali, że przyjdą niezawodnie. Kupiłem szampana, białe wino cinzano, zamówiłem tort i z radością czekałem na nadchodzące chwile, które otworzą przede mną wrota dorosłości.
Rodziców już nie było. Mama studiowała w bibliotece, a ojciec jak zawsze przesiadywał w muzeum. Zszedłem na parter. W jadalni dziadek kończył pierwsze śniadanie w towarzystwie przybyłej z Gdańska ciotki.
– Michał, jaki ty jesteś duży! Ile masz lat? – krzyknęła wesoło.
- Właśnie dziś kończy 18 – odpowiedział dziadek.
Ciotka Cesia, kobieta o obfitych kształtach i radosnych, błyszczących oczach, spontanicznie rzuciła mi się na szyję. Czułem bicie jej serca i intensywny zapach perfum „Być może”, które w kiosku Ruchu kosztowały 5,50. Sięgnęła do torebki i wręczyła mi 200 złotych.
- Kup sobie coś, co ci sprawi przyjemność.
Kiedy poszła do pokoju gościnnego, dziadek wyciągnął mnie na balkon.
– Bardzo się martwię – powiedział - myśląc o Twojej przyszłości.
- A konkretnie?
- Obawiam się, że zostaniesz alkoholikiem i złapiesz chorobę weneryczną. Patrzył przed siebie pustym wzrokiem. Na policzkach miał pasma siwych włosów.
Przez chwilę zaniemówiłem. Zastanawiałem się czy tego mi właśnie życzył? Czy to był jego prezent na urodziny? Właściwie, czego się miałem spodziewać?
– Dziękuję za troskę – odpowiedziałem sucho i zszedłem po schodach do ogrodu.
Z drzew owocowych spadały nabrzmiałe, ciężkie od soku grusze, które babcia podawała z zimnym sosem waniliowym. Białe papierówki nadawały się już na szarlotkę. Granatowe śliwy smażyliśmy zawsze w wielkiej, okrągłej, mosiężnej patelni, a renklody, których sok lał się po brodzie, brzoskwinie i morele - trafiały do słoików z kompotami, otwieranych podczas świąt, rodzinnych fet i uroczystości. Pomyślałem, że gdyby żyła babcia, kuchnia pracowałaby teraz pełną parą,  dziadek nie pozwoliłby sobie wobec mnie na chamstwo, a ciotka i wuj, złożyliby sztywne, wymuszone życzenia.
Poszedłem na piętro. Nakryłem stół, a potem czytając „Grę w klasy” Cortazara i słuchając Dep Purple "Come Taste the Band", czekałem na kolegów. Oprócz chłopców, którzy mieli przyjść ze swoimi dziewczynami,  zaprosiłem Asię, osiedlową gwiazdę, która nie była piękna, ale przykuwała powszechną uwagę. Jasnowłosa, piegowata, o orzechowych oczach, często się śmiała i chętnie przebywała wśród chłopców. Każdy z nas szukał okazji, żeby się do niej zbliżyć, zapraszał na imieniny czy domówkę. A ponieważ mój dom robił na wszystkich wrażenie miałem nadzieję, że oprowadzę ją po pokojach. I kto wie jak się ten spacer skończy?
 Wielki zegar w salonie uderzył cztery razy. Cisza. O 17-ej także. Może pomyliłem datę? Podałem złą godzinę? Zacząłem nerwowo telefonować, wszyscy do których udało mi się dodzwonić, wciąż przebywali na wakacjach. O 19 - ej zebrałem talerzyki. Było mi wstyd przed rodzicami, którym zapowiadałem huczne urodziny. Koledzy zapomnieli, albo składali obietnice bez zastanowienia. Trudno. Można to w końcu zrozumieć. Byłem głupi sądząc, że zapamiętają dzień, który ma znaczenie tylko dla mnie.
Wziąłem do kieszeni trencza flaszkę wina, 200 złotych, i poszedłem w stronę Rakowic.
Osiedle Urzędnicze kończyło się rogatkami kolei towarowej. Zaporami i klasyczną zieloną budką z dróżnikiem, który staojąc na baczność z chorągiewką w dłoni odbierał defiladę żelaznych pociągów. Przez Olszę jeździły głównie rdzawo-czerwone prostokąty wypełnione węglem, cysterny i platformy wiozące jakiś sprzęt górniczy. Początkowo z kolegą Jackiem układaliśmy na szynach gwoździe, z których pozostawały długie, ciepłe szpadki, potem wybuchające korki, wreszcie zaczęliśmy wskakiwać do wagonów i podróżować w dalekie strony, leżąc na dachach i spoglądając w gwiazdy. Wracaliśmy z tych podróży autostopem, brudni i umorusani, ale nikt nie zwracał na nas uwagi.
Minąłem przejazd kolejowy. Dalej miasto, które dotąd miało zwarty plan architektoniczny – zupełnie się rozłaziło. Rakowice były pełne bezładnie położonych kamienic z czerwonej cegły, zamieszkałych przez margines społeczny i szarych domków dawnych robotników rolnych, zatrudnianych we dworze hrabiego Potockiego. Wszędzie pachniało zupą pomidorową z ryżem lub rosołem. W klatkach stojących na podwórkach hodowano kury i króliki. Na dachach szop trzymano gołębie pocztowe. Mieszkańcy naprawiali motocykle, przesiadywali w ogródkach, albo pili wódkę.
Na ulicy Ciemnej, pod osiemnastką, mieszkała Stefa. Dawniej była sklepową, ale jak mawiało się w moim domu, „zeszła na złą drogę”, chociaż trudno powiedzieć, bo koledzy z gorszych rodzin, a tylko z takimi się zadawałem, rozpoczynali u niej start w dorosłe życie.
Zapamiętałem że ma umalowane usta, obfity biust i zgrabne nogi, co wystarczyło, żeby mężczyzna poczuł zainteresowanie kobietą, a chłopiec w moim wieku – przeżył podniecenie.
Kiedy otwarły się drzwi zobaczyłam wysoką dziewczynę z dłonią opartą na biodrze. Uśmiechnęła się figlarnie. – Masz wino, fajnie, ale To kosztuje 200 złotych. Wyjąłem pieniądze i położyłem na stole przykrytym białą plastykową ceratą, która udawała koronki. Całe mieszkanie było pomalowane na różowo. Dokoła wisiały święte obrazy i makatki, wyposażone w pouczające hasła dla gospodyń domowych, choć żadne z nich nie odnosiło się do seksu.
- Pierwszy raz będziesz to robił – Stefa raczej stwierdziła, niż zapytała, i położyła mi dłoń na policzku. – Nie martw się, to jest przyjemne, normalnie, bez wstydu. Z wprawą sięgnęła dłonią w głąb spodni.
Właściwie była ładna. Miała długie blond włosy, regularne rysy, czarne oczy i gładkie, smagłe ciało. Pachniała mydłem rumiankowym i odrobinę dymem.
…wtedy zrobiła coś zaskakującego i ugięły się pode mną nogi. Czułem bijące od ziemi fale ciepła, które wędrowały rytmicznie ku górze wywołując szybkie uderzenia serca. Potem ciało oderwało się od ziemi i przez chwilę zawisło w powietrzu. Zjechało w dół, a później wędrowało w gorącym tunelu szybko, coraz szybciej, aż spadł deszcz i wybuchło światło. Leżeliśmy zdyszani i zmęczeni. Spojrzałem na ogromny obraz św. Józefa, który niósł w dłoniach małego Jezusa. Uśmiechał się do nas z aprobatą.
Stefa wstała pierwsza. Nalała po szklance wina. – No, teraz już wiesz, co do czego…
Pogłaskała mnie po głowie. – Tylko traktuj kobiety jak damy, nie jak kurwy. Pamiętaj!
Wypiliśmy włoskie cinzano, którym zamierzałem uwodzić Joasię. Zapaliliśmy. Nie wiedziałem o czym rozmawiać, więc zapytałem, czy wybiera się na wakacje. – Pewnie, nad morze. Tam jest wielu nadzianych facetów.
Kiedy wracałem  na Osiedle Urzędnicze  niebo było gęste od czerwieni. Drzewa ciemniały, liście się rozmazały. W ogrodach czaiło się coś mrocznego i tajemniczego. Między olchami stała cisza w głąb której można było wejść jak w miękką taflę powietrza.
Przed furtką dziadek ścinał żywopłot. – Jak ci nie wstyd – zaczął – że stary człowiek musi wykonywać za ciebie prace ogrodowe.
Popatrzyłem na niego z góry. Był malutki.
– A może byś się wreszcie odpieprzył – zaproponowałem.
W domu mama wręczyła mi prezent. Książkę pod tytułem „Sekrety dorosłości”. Uznałem, że nie muszę jej czytać, bo rozwiązałem już wszystkie zagadki. Ojciec chłodno podał kopertę, w której było 200 złotych. Wiedziałem na co je przeznaczę.  Teraz, zgodnie z życzeniem dziadka, mogłem złapać syfa i się rozpić.
Przez chwilę pomyślałem o Asi. Jakaż ona była dziecinna… A koledzy, którzy zapomnieli o urodzinach – szczeniaki. Chodzili na zbiórki w harcerskich mundurkach, gdy my, z synem recydywisty Jackiem Krzyszytofem, zwiedzaliśmy stare bunkry, albo penetrowali opuszczone fabryki. – Dorosłość polega na tym, żeby liczyć tylko  na siebie! – pomyślałem.
Paliłem ostatniego tego dnia papierosa. Na niebo wypłynął wielki srebrny okrąg. Babcia mówiła, że taki księżyc unosi się tylko nad ukraińskim stepem, gdzie spędziła dzieciństwo i całą wczesną młodość. Lubiła nocą jeździć konno i pływać nago w Dnieprze. Byliśmy do siebie podobni. Było nam razem dobrze. Ale jeśli nie można mieć tego, czego się chce, trzeba mieć wspomnienia.

wtorek, 5 maja 2020

Szpital Świętego Łazarza


Pewnego majowego dnia ojciec zaprowadził mnie do profesora Edwina Schenkelbacha, który był znanym psychiatrą i wieloletnim przyjacielem dziadka, aby ocenił moją poczytalność, czyli „zdolność do rozpoznawania znaczenia czynów i kierowania swoim postępowaniem”.
Szliśmy w milczeniu przez Osiedle Oficerskie, wśród płynących w powietrzu płatków jaśminu, pod wiatr, który przynosił słodki zapach wiosny. Życie sączyło się dookoła  ciepłymi strugami. Żółte narcyzy rozchylały delikatne płatki obramowane cienką linią pomarańczy, z daleka świeciły złote forsycje, szare gałęzie zdobiły delikatne kwiaty magnolii. Ziemia wybuchała zielenią traw, czerwienią tulipanów, błękitem szafirków, liliowymi kiśćmi bzów, narkotycznymi woniami amarantowych piwonii, czerwienią różaneczaników, krzewuszek i rajskich jabłonek. Na trawnikach rosły brązowe kretowiska, a ludzie, przebrani we flanelowe koszule i dżinsowe spodnie, rozpalali ogniska i wrzucali do nich suche zeszłoroczne liście. Cały ten obraz miał w sobie coś z flamandzkiego malarstwa.
Ojciec szedł zamyślony, posępny, jakby zupełnie nie zauważał tego święta osiedlowych rajów ziemskich rozkoszy. Tłamsił w sobie gniew i wstyd, za doznaną krzywdę.
Zawsze z ironią i wyższością odnosił się do naszych nauczycieli, wyśmiewał ich, uważał za nieuków,  głupców, bagatelizował uwagi na temat złego wychowania dzieci, poniżał dyrektora, dawał do zrozumienia, że jako człowiek wielki z biedą znajduje czas, żeby się z nim spotkać. Kiedy pękając z dumy ze śmiechem relacjonował później te rozmowy matce, przyrównywał się do olimpijskiego Boga, który zszedł z Parnasu, aby pouczyć śmiertelników o ich elementarnych obowiązkach.  A teraz musiał zapłacić za pychę i pogardę…
Do szkoły wezwano go telefonicznie. Dyrektor Alfons Bufor, grubasek w czarnym wymiętym garniturze, nie szczędząc ironii, wyraził zdziwienie, że syn tak wybitnego obywatela miasta, podczas lekcji przyrody, rzucił metalowym taboretem w kolegę i trzeba było wzywać pogotowie. – Rozumie szanowny pan – perorował, że musimy Michała zawiesić w prawach ucznia do czasu zbadania  poczytalności. Może powinien się pan bardziej zająć rodziną? Drugi syn ma same dwójki… Ojciec zaciął usta. Wyszedł czerwony ze złości. – Nałykałem się wstydu – opowiadał matce.
Szliśmy ulicą Topolową w stronę dworca, skąd dochodziło dudnienie wagonów i skrzypienie kół, a na perony wjeżdżały czarne lokomotywy otoczone frenetycznymi obłokami białej pary. Wokół nich biegali umorusani młotkowi, stukający delikatnie w koła, pomocnicy maszynistów ładowali szuflami węgiel do palenisk, konduktorzy zamykali drzwi wiodące do przedziałów, a zawiadowcy podkręcali wąsa, poprawiali czapki i machali wielkimi  lizakami odprawiając składy uciekające z miasta w stronę wakacji i przygody.
Na ulicy Zakątek do elewacji największej kamienicy przymocowana była biała tabliczka informująca, że tu przyjmuje psychiatra, ordynator szpitala św. Łazarza, po studiach w Wiedniu: profesor dr hab. Edwin Schenkelbach. Skrzypiące drewniane schody prowadziły nas niepewnie na piętro. Rozchwierutane poręcze kładły się na boki. Każdy krok wydawał się śmiertelnym zagrożeniem. Ojciec nacisnął dzwonek i natychmiast cofnął rękę, jakby się bał zarazić chorobą psychiczną. Wewnątrz coś drgnęło, usłyszałem głosy, a potem niewidzialna dłoń otworzyła dębowe wrota.
Z wnętrza buchnął zapach kurzu, zmieszanego z aromatami kuchennymi,  zwiastującymi przygotowania do obiadu. Staliśmy chwilę w poczekalni przyzwyczajając oczy pełne  słonecznego blasku do półmroku, a kiedy z miękkiej zaćmy zaczęły się wyłaniać  kształty, dostrzegłem siedzących w fotelach i polegujących na kanapach wariatów. Wszyscy byli nienaturalnie bladzi i zmęczeni. Jedni nosili garnitury i zarękawki, jak urzędnicy magistratu, inni mieli na sobie powycierane mundury. Był bileter z teatru, konduktor z tramwaju i kapitan żeglugi śródlądowej. W kącie jedwabną chustką ocierała łzy staroświecko ubrana dama.
Zza drzwi gabinetu dochodził nerwowy głos pacjenta. – Podszedłem do kiosku, zobaczyłem zaostrzony ołówek i zacząłem odczuwać lęk, panie profesorze. On na mnie patrzył… napastliwie, chciał zaatakować…
Doktor odpowiadał niewyraźnie. Po chwili otworzyły się drzwi i z gabinetu wyszedł dziwny człowieczek  mający przytwierdzone do pleców maleńkie tekturowe skrzydła, a w prześwicie pojawiła się łysa głowa lekarza. – Michał Bagrowski – powiedział spokojnym, cichym głosem. Podniosłem się. Ojciec wstał, ale profesor powstrzymał go gestem dłoni. – Najpierw porozmawiam z chłopcem.
W gabinecie obok leżanki, biurka i fotela, stał stolik art deco z kryształowym flakonem pełnym tulipanów, a na ścianach wisiało mnóstwo obrazów z czasów Młodej Polski. Szczególnie jedno dzieło zrobiło na mnie wrażenie: portret sieroty Ślewińskiego. Smutny chłopiec w kapeluszu, siedzący na krześle. Prawdopodobnie tak właśnie w tej chwili wyglądałem.
Pan Edwin  polecił mi podwinąć spodnie, uderzał młoteczkiem w kolana, potem kazał wstać, zamknąć oczy i wyciągnąć ręce. Stałem w milczeniu czekając, kiedy mi da kuksańca, albo sójkę, ale nie stało się nic takiego.
- No, chłopcze, narozrabiałeś – zagadał przyjaźnie, a jego wargi zwinęły się w rurkę, co mogło oznaczać uśmiech.  
Czy szczery? Profesor mógł mnie umieścić w przepastnych salach kliniki św. Łazarza, przykuć do łóżka, odurzyć lekami i pozostawić w zapomnieniu na lata, przed czym ostrzegał starszy brat, gdyż podobne przypadki miały już miejsce w naszej rodzinie. - Mów jak najmniej – radził. – I bądź czujny.
Patrząc na biurko, dostrzegłem wielki natłok przedmiotów: durnostojek, bibelotów, posążków, wśród których królował portrecik brodatego mężczyzny w okularach. Profesor był podobny. Miał wodniste, niebieskawe oczy, garbaty nos, wąskie usta i brodę świętego Mikołaja. Jak na specjalistę od wariatów zachowywał się normalnie.
- To było tak – zacząłem wyjaśniać. - Podczas lekcji biologii pani poszła do sklepu zrobić zakupy –usiłowałem sprytnie pogrążyć nauczycielkę. - A nam kazała siedzieć w ciszy. Wszyscy się wygłupiali, puszczali samoloty z papieru, Gibała zjadł kredę i popił atramentem, a Jacek pochwalił się, że ma flaszkę wody z sokiem. Kiedy tańczył na ławce odkręciłem nakrętkę i pociągnąłem łyk napoju. Wtedy kopnął mnie w twarz. Nie miałem szans w pojedynku z drugoroczniakiem, więc złapałem  taboret, a kiedy zeskoczył i próbował uciekać, rzuciłem. Dostał,  upadł, symulował omdlenie. Na to wszystko wszedł dyrektor…
- Czy to był atak furii? – przerwał łagodnie psychiatra.
Wiedziałem, że odpowiedź jest ważna. – Nie wiem…  Ale jak się kogoś kopnie w twarz, to trzeba się liczyć z reakcją.
Profesor wciąż notował. Zapisał mi oxazepam i specjalną mieszankę własnej receptury. Miałem ją pić 3 razy dziennie po posiłku. Ojcu powiedział, że muszę odwiedzać go raz w tygodniu.
– Przez ciebie nie będę mógł chodzić na kurs angielskiego – wyrzucał mi w drodze powrotnej, nieustannie pocierając policzki i wyłamując palce. - Będę musiał odwiedzać cały ten dom wariatów…
Mimo obietnic, nigdy tego nie zrobił. Zapomniał. Zajął się ważniejszymi sprawami, jak przystało na dyrektora, albo spał snem sprawiedliwego. Chodziłem do psychiatry sam, każdorazowo zaopatrzony w kopertę z banknotem, który kusił mnie do wagarów i szaleńczych wydatków, a nawet do ucieczki pociągiem w nieznane, ale byłem przecież zawieszony w prawach ucznia.
Kiedy ponownie szedłem na terapię, wychodząc z dworca zauważyłem stojących wzdłuż ulicy statystów. Byli zbudowani dziwnie nieproporcjonalnie, pokrzywieni, koślawi, podpierali się kijami. Kobiety nosiły długie suknie i białe czepce, mężczyźni płaszcze, staromodne czapki albo kapelusze. Niektórzy trzymali w dłoniach makabryczne gumowe maski, przypominające obrazy, które ojciec oglądał z upodobaniem wieczorami. Sprawiali wrażenie, jakby na coś czekali. Żartowali, wykonywali patetyczne gesty, dawali kuksańce. Patrzyli na mnie wymownie a jeden z nich, o wyglądzie kupca, podniósł przed siebie palec wskazujący. Wszyscy jak na komendę wybuchnęli śmiechem. Trzymali się za brzuchy, poklepywali po udach, klaskali i rozdziawiali gęby.
Schody w kamienicy zupełnie się rozeschły. Trzeba było uważać, żeby nie spaść na kamienną posadzkę. W poczekalni nadal siedzieli pacjenci. Gotowali kaszę, kroili pajdy chleba, smarowali kanapki smalcem i posypywali solą, a może po prostu tu mieszkali? Może szpital św. Łazarza zaczynał się przy ulicy Zakątek i ciągnął meandrami przez całe miasto? I wszędzie, w każdym mieszkaniu, tkwili ludzie pełni obłędnych myśli, pogrążeni w depresji, rozważający samobójstwo, albo dokonujący zwyrodniałych czynów. Wujowie pedofile deprawowali małe dzieci. Teściowie erotomani dobierali się bezczelnie do synowych. Rozszalałe kobiety, marzące o orgazmie lecz przerażone perspektywą zdrady, dostawały ataków histerii. Nierządnice spółkowały z przedmiotami. Onaniści i podglądacze sąsiadek, alkoholicy i prześladowcy, wariaci, których pełne było nasze miasto – mieszkali w takich właśnie kamienicach.
Po posiłku wszyscy pacjenci ułożyli się do snu. Pod wpływem leków sam zaczynałem  podsypiać i na to właśnie czekał doktor. Kazał mi się położyć na kozetce, a potem odpowiadać punktowo na pytania. Każde z nich miało jeden cel – wywołać jakieś bolesne przeżycie.
- Ktoś cię w domu bije?
- Starszy brat.
- Jak?
- Kiedyś na mnie usiadł i pluł prosto w twarz.
- Bronisz się sam? Czy prosisz o pomoc?
- Rzuciłem w niego lampką nocną, a potem złapałem za nóż. Wszedł ojciec, spoliczkował mnie i powiedział – Rzucasz się na brata z nożem?
- A domownicy?
- W domu wszyscy śpią. Drzemie dziadek, kiedy wróci z miasta, śpi wujek, kiedy nie gra na pianinie, ciotka pielęgnuje sen jak najcenniejszy dar i burzy się, gdy go zakłócamy śmiechem, matki nie ma, bo robi karierę, a babcia wszystkiego nie udźwignie.
Doktor coś zapisał, spojrzał za okno, ziewnął i kazał  mi przyjść za tydzień. Kiedy wracałem zobaczyłem na moście nad Białuchą dziwną postać, w długim, ciemnym trenczu. Oboma dłońmi ściskała wielką rozpływająca się we mgle głowę. Gdyby doktor dowiedział się, że ją spotkałem, albo że widziałem połówkę żołnierza z czasów Wielkiej Wojny...
Majowe dni mijały bardzo szybko. Jako podejrzany o wariactwo i niepoczytalność w ogóle przestałem się uczyć. Włóczęgowałem po okolicy, łapałem rybki w rzece, założyłem akwarium w słoiku, skopałem ogródek, przesiadywałem w kuchni słuchając opowieści Helenki o strzygach i upiorach. Czas płynął miło i spokojnie. Z rodzicami w ogóle nie miałem kontaktu. Ojciec przestał chodzić na angielski i po powrocie z pracy od razu kładł się spać, aby sprostać trudnym obowiązkom dyrektora. Mama była w Warszawie. Pisała doktorat. Brat lepił samoloty z plastyku, a w szkole zbierał pały. Dziadek prawił wszystkim złośliwości. Wujek  klaskał  w dłonie na tle nerwowym. Właściwie przytomna była tylko babcia, która uważała moją sprawę za wyolbrzymioną – Ot, pobili się chłopcy.
Po tygodniu znowu wkroczyłem do mrocznej poczekalni. Tym razem siedział w niej mężczyzna w typie artysty, z długimi siwymi włosami. Nieustannie  notował w wielkim tekturowym zeszycie. Po chwili w kącie zauważyłem kobietę z kamienną, zaciętą twarzą. Po jej policzkach płynęły łzy. Patrzyła w jeden punkt na ścianie. Monologowała. Gdy się zbliżyłem usłyszałem: „Jeszcze Polska nie umarła, kiedy świnia łeb swój zżarła…”
Drzwi się otwarły i Edwin Schenkelbach skinął ręką.
- Zacznijmy od przedszkola. Co pamiętasz z tego okresu? – zaczął drążyć.
- Czapkę żołnierza. Każde dziecko miało jakiś obrazek na szafce z ubraniami, ja czapkę majora. To była pierwsza rzecz jaką zobaczyłem przy powitaniu i ostatnia, kiedy się żegnałem.
- Chciałbyś zostać żołnierzem?
- Broń Boże.
- Dlaczego?
- Bo tam wszystko jest na rozkaz.
- Trzeba słychać i wykonywać polecenia?
- Nawet głupie.
- Lubiłeś przedszkole?
- Nienawidziłem.
- Dlaczego?
Leżałem na kozetce, osłabiony oxazepamem i syropem, wpatrzony w wiszący na ścianie akt bujnej kobiety. Jej wielkie piersi zwisały do pępka, a głowa była umajona wiankiem z polnych kwiatów. Pewnie grecka bogini, albo nimfa. Dalej ciągnęły się sceny myśliwskie i portrety żołnierzy.
- Czułem się źle. Samotnie – wystękałem. – Nie miałem kolegów. A kiedyś rodzice zapomnieli mnie odebrać. Wszystkie dzieci już poszły, zostałem sam ze sprzątaczką. Kobieta skończyła pracę, ubrała się, wyszliśmy na podwórko. Powiedziała – Jeśli zaraz nie przyjdą, zostaniesz do rana. Było już późno, z nieba prószył gęsty, fioletowy mrok, który czepiał się o fasady klinik i opadał płatami na ulicę, a portierzy musieli go zbierać szuflami do wiader. Zastanawiałem się gdzie będę spał, bo byłem za mały, żeby trafić do domu, pomyślałem o szklarni w ogrodzie botanicznym. I wtedy przyszła mama…
- Masz do niej żal?
- Nie wiem, proszę pana.
Doktor zapisał mi mieszankę, po której byłem jeszcze bardziej senny. Spałem w ogrodzie, w domu, wystarczyło, że usiadłem na krześle i od razu  przenosiłem się w inny świat, w którym Edwin Schenkelbach zamykał mnie w szpitalu dla obłąkanych, a wielka, naga kobieta biegała z miotłą po korytarzach. Wreszcie upodobniłem się do domowników, którzy wybudzając się czasem z podróży ku nieznanym światom – zwracali uwagę, jak dobrze działa na mnie kuracja profesora. – Michał uspokoił się i wydoroślał – chwalili.
Minął kolejny tydzień. Tym razem jechałem na składanym rowerze, który po drodze z nieznanych przyczyn zamienił się w staroświecką damkę. Było to dziwne i zaskakujące, ale osłabienie wywołane lekami ograniczało moje zdolności poznawcze w tym zdolność do logicznego wyjaśniania faktów. Ulice były pełne gęstego, majowego światła, które rozlewało się strugami po jezdniach i chodnikach, oślepiając przechodniów mocnymi odblaskami żółci. Stojące vis a vis kamienice odbijały swoje sylwetki w wielkich wystawowych szybach i prowadziły szeptem tajemniczy dialog. Delikatny wiatr podwiewał dziewczęce sukienki, budząc panieński wstyd i rozbudzając pożądanie chłopców. Na ulicach toczyło się normalne życie.
Drzwi poczekalni otworzył dyrektor Bufor. Na mój widok cofnął się, jęknął, a potem padł w fotelu i zasłonił oczy dłońmi. Obok niego siedział artysta, który tym razem przeszedł na pismo obrazkowe i rysował scenki z komiksów.
- Czy to prawda, że znieważyłeś sąsiadkę? – zapytał doktor wychylając się jak struś w stronę kozetki.
A więc mu powiedzieli. - Nazwałem ją cipą – wyjaśniłem zuchwale.
- Dlaczego? – doktor się uśmiechnął.
- Pani Bober zauważyła jak spałem na dachu. – Czekaj, przyjdę do was i wszystko powiem babci, będziesz miał rżniętkę – zawołała. – Skoro miałem i tak dostać lanie, to przynajmniej za coś konkretnego. – Stara cipa!
- Wróćmy do czasów przedszkola.
- Kiedy dorosłem, robiłem znacznie gorsze rzeczy – przechwalałem się, bo nie mogłem zrozumieć obsesji profesora na tle tej mało znaczącej instytucji. Czyżby miał jakieś przedszkolne urazy? Rozmowę przerwał dzwonek elektryczny, który zmusił go do natychmiastowego opuszczenia gabinetu. Siedziałem w samotności wgapiając się w obrazy, wśród których dostrzegłem kilka wczesnych prac Beksińskiego. Potem postanowiłem odnaleźć lekarza. Z poczekalni, która była teraz opustoszała, wiódł długi korytarz, wzdłuż którego ustawiono na przemian popielniczki i spluwaczki.  Białe drzwi oznakowane numerami oznaczały kolejne separatki. W pierwszej stał słup soli. Prawdopodobnie kiedyś był kobietą, która  skamieniała doznając szoku katatonicznego. W następnej z gazetą w dłoniach leżał dyrektor Bufor. Spojrzał na mnie niewidzącym wzrokiem i wymamrotał – To nie do uwierzenia jak strasznie może boleć życie… Dalej była sala zbiorowa, gdzie na piętrowych łóżkach siedzieli wariaci. Jeden z nich wykrzykiwał nieustannie – Edwin- sredwin, Edwin- sredwin, Edwin- sredwin… Na końcu korytarza zobaczyłem profesora, który za pomocą zastrzyku gasił wybuch paniki pisarza o srebrnych włosach, któremu skończył się zeszyt i nie miał gdzie rysować. – Koniec świata – powiedział na mój widok. – Zaraz wracamy do terapii.
Kładąc się na leżance postanowiłem wyliczyć wszystkie grzechy i ponieść za nie zasłużoną karę.
- Ukradłem zapałki ze sklepu. Dałem psu szynkę przechowywaną na Wielkanoc. Podbierałem mamie drobniaki z kieszeni. Wagarowałem. Jeździłem pociągami towarowymi na zderzaku. Bezczelnie odzywałem się do nauczycieli. Obraziłem księdza i zostałem wydalony z religii… Byłem pewny, że teraz wyląduję w szpitalu.
- Ale co z przedszkolem? – doktor się zafiksował.
- Była taka sprawa – zacząłem sobie przypominać. – Kiedyś mieliśmy leżakowanie. Wszyscy tego nienawidzili. Poczułem potrzebę, poszedłem do toalety. Była zamknięta. Zacząłem szarpać za klamkę i zobaczyłem wystający kawałek kobiecej ręki – wewnątrz siedziała sprzątaczka. Wróciłem na leżak i zasnąłem. Kiedy się obudziłem spodnie miałem pełne czegoś ciepłego. Nie wiedziałem, co robić. Wychowawczynie składały leżanki, została tylko moja. Pani podniosła koc, wyciągnęła łóżko na środek, zawołała dzieci i pokazała palcem. Wszyscy się ze mnie śmiali.
- Co czułeś?
- Chyba wstyd.
- A kiedy kolega dał ci w twarz?
- Chyba bezsilność.
- Jednak mu oddałeś.
- Oczywiście.
- Jak bratu fotelem?
- Właśnie.
- Jak sąsiadce?
- Dokładnie.
- Co teraz o tym myślisz?
- Przesadziłem. Ale czy mogłem pozwolić się poniżać?
Doktor podszedł do okna. Spojrzał na wielką rozłożystą lipę, która rosła przed domem. – Popatrz powiedział. – Ma skręcone konary, a jednak stale zmierza ku światłu, chce żyć. Mimo wszystko. To dążenie do szczęścia, na przekór cierpieniu, jest w życiu najcenniejsze. Myślę, że powinieneś wracać do szkoły. Będziesz tu jeszcze przychodził, ale już z własnej woli. Bo kiedy się raz przekroczy drzwi kliniki św. Łazarza…
- Czyli, mnie Pan nie zamknie?
- Ci, którzy tu mieszkają – uśmiechnął się profesor - błagają o pozwolenie. Oczekują tygodniami na terapię. Ponieważ mam miękkie serce, nie umiem odmawiać. Wciąż robię im mieszanki, prowadzę rozmowy i boję się, że sam od tego zwariuję – wybuchnął dziwnym śmiechem i zaniósł się kaszlem.
Napisał list do rodziców, w którym zachęcał ojca, żeby rozpoczął kurację psychiatryczną. Ale ojca przerażało słowo psychiatra. Pobyt w gabinecie, który mi zafundował, byłby dla niego upokarzający, a trzeba wiedzieć, że byle co go upokarzało, denerwowało i wytrącało z równowagi. Czuł się dobrze jedynie w roli dyrektora… chociaż… kiedy wracał do domu snuł straszliwe wizje,  że zostanie wyrzucony z pracy i będzie żebrał pod kościołem, albo wyląduje w więzieniu za brak nadzoru. Ciągle telefonował, kazał strażnikom sprawdzać czy z beczek karbidu nie ulatnia się acetylen, czy nie pali się baszta, albo czy nie zalało strychów.  Dla relaksu oglądał potem malarstwo Hieronima Boscha albo czytał w oryginale „Wilka stepowego”. W głębi duszy chciałem zobaczyć go wyrzuconego z pracy, żebrzącego i poniżającego się przed ludźmi. Tańczącego lezginkę i zbierającego kuksańce.
Czasem wracałem do doktora Schenkelbacha  po mieszankę i żeby porozmawiać. Wiedziałem już, że klinika św. Łazarza obejmowała także naszą willę. A mieszkając w domu wariatów, jako człowiek zdrowy, musiałem się leczyć, żeby nie wpaść w obłęd.

niedziela, 3 maja 2020

Rowery moich marzeń



Kiedy wyrośliśmy z bratem z tandetnych dziecięcych rowerków i drewnianych hulajnóg zostaliśmy wykluczeni z towarzystwa. Szkolni koledzy pysznili się jeżdżąc na wspaniałych trekkingach, lśniących chromami kolarzówkach, nowoczesnych składakach, a my musieliśmy płacić cukierkami za możliwość zrobienia kółka wokół szkolnego boiska. 
Posiadacze markowych rowerów, a szczególnie Bogdan Banach,  którego ojciec był w Ameryce, patrzyli na nas z wyższością i pogardą jak na osoby nie należące do ekskluzywnego klubu.
Zakup roweru był poza zasięgiem naszych oszczędności, ponieważ rodzice nie potrafili zarządzać pieniędzmi i nieustannie brali pożyczki. Codziennie chodzili po kawiarniach, wysiadywali w restauracjach, mama odbywała kosztowne podróże do Warszawy, gdzie kupowała modne stroje. Wiele lat później dowiedziałem się, że miała kochanka.
Pewnego dnia, podczas takiego wyjazdu, przypomniała sobie, że w domu jej dzieciństwa w Siedlcach, stoją na strychu dwa piękne, przedwojenne rowery – damka, z tylnym kołem obciągniętym tkaniną i kolarzówka, z przerzutką i odwróconą kierownicą. Podjęła korespondencję z właścicielami, którzy okazali się ludźmi wrażliwymi na dziecięce marzenia. Nie tylko odnaleźli, ale także umyli nasze rowery, a potem nadali je pociągiem towarowym do Krakowa.
Z ogromną dumą i radością szliśmy na dworzec, a później wracali prowadząc  dorosłe dwukołowce. Nie dało się na nich jeszcze jeździć, ponieważ miały zniszczone opony, sparciałe dętki i mechanizmy pokryte brudnym smarem, ale wszystko można przecież naprawić.
– Jutro ojciec poszuka serwisanta i wreszcie błyśniecie w szkole – triumfowała mama. – Tylko nie jeźdźcie po jezdniach! – ostrzegała babcia.
Następnego dnia ojciec był zbyt zajęty, żeby znaleźć warsztat. Po tygodniu również. W końcu kazał nam zanieść rowery na strych, gdzie spoczywały przez kilka lat wraz z zawiedzionymi nadziejami. Kiedyś spytałem, czy sam nie umiałby ich naprawić. Żachnął się. – Przecież wiesz, że nie mam zdolności manualnych, tak jak ludzie prości.
- W twojej pracy, nie ma ludzi prostych? – dociekałem.
- Z pewnością. Ale jako dyrektor nie mogę się upokorzyć prosząc  ich o pomoc.
Pod choinkę kupił nam elektryczną kolejkę enerdowską Piko. Wagony były prześliczne, szyny lśniły cudownie, brakowało tylko transformatora. Ojciec miał go dokupić w składnicy harcerskiej lecz pechowo zawsze transformatorów brakowało. Nasza kolejka nigdy nie odjechała z plastykowego peronu, z małymi trawniczkami, semaforem i figurką zawiadowcy stacji. Po kilku tygodniach wylądowała na szafie.
W szkole trzymałem się z synem recydywisty, więźnia zakładu karnego dla wielokrotnie skazanych w Brzegu – drugoroczniakiem Jackiem Krzysztofem. Byliśmy chyba tak samo samotni. Kiedy mu powiedziałem o rowerach przyszedł z zestawem kluczy, oliwiarką, pędzelkiem, naftą i srebrzanką do rafek. Rozebrał damkę, umył łańcuch, zdjął opony, wymienił dętki i… następnego dnia miałem własny rower. Jacek był chłopcem prostym. Posiadał zdolności manualne. Nauczył mnie regulować i konserwować rower. Teraz ja też byłem prosty. 
I chociaż Banach wciąż szydził, że mam drewniane rafki i przypominam wiejskiego listonosza – byłem szczęśliwy. Zdobyłem wolność. Połykałem przestrzeń. Tratowałem okoliczne łąki i płytę starego lotniska w Czyżynach. Spełniłem swoje marzenie bez udziału ojca, który codziennie udowadniał, jak bardzo jest dla mnie nieistotny.

piątek, 1 maja 2020

Miara czasu


– Czas się wypełnił – mówi ksiądz – mały mężczyzna o papierowym uśmiechu i łzawiących oczach. Ksiądz wie, co mówi. Kaplica jest mała. Dwa rzędy ławek, po dwie osoby każda. W środku stoją otwarte drzwi hospicjum. Korytarzem przechodzi zmęczony umieraniem pensjonariusz, o szarej, skrzywionej twarzy, potem pielęgniarka do czytań Pisma Świętego, wreszcie dwudziestoparoletnia wolontariuszka.
Ksiądz mówi, że kochamy ludzi dopiero po śmierci. Za życia nie umiemy. Potem stawiamy im granitowe pomniki i drogie nagrobki – jakby przepraszając za skąpstwo i egoizm, za niezdolność do okazywania uczuć. Właściwie te nagrobki to takie kamienne wyrzuty sumienia.
Coś w tym jest, jeśli się głębiej zastanowić.
Ksiądz nie mówi, że życie jest jak zapach jaśminu i brzęczenie pszczoły, jak gorzkie piwo podczas ciężkiego sierpniowego upału, serwowane prosto z beczki, jak lody gałkowe po złoty dwadzieścia, albo bambino po 2,60, jak tajemnica chłodnych ścieżek nad rzeką i ostry zapach warsztatu ślusarskiego, bo po co sprawiać przykrość odchodzącym. A przecież musisz coś mieć, czegoś się chwycić, w czymś trwać, żeby spokojnie umierać, zakotwiczony w dobrej chwili.
Ksiądz nie mówi, jak żyć. Nie mówi, że człowiek, który odchodzi, pragnie okazać miłość i że trzeba ją przyjąć. Dopóki możemy wejść do ich domu, podzielić się uśmiechem, dotykiem, ciepłem. Ksiądz o tym wszystkim nie mówi, bo zwraca uwagę tylko na sprawy ostateczne. W domu śmierci mówi się o zbawieniu.
Siostra Kinga zapala 17 świec. Za zmarłych, którzy odeszli w ciągu ostatnich 3 miesięcy. Krewni stawiają na ołtarzu płonące ogarki. „Dopełnia się miara życia” – przemawia z magnetofonu Jan Paweł II. Z głębi hospicjum bije cisza. Słychać miarowy szelest kroplówek.