środa, 18 marca 2020

Babcia



Miała oczy uroczne. Wystarczyło, że przeszła po wsi, w piaszczystym pyle poranka,  kiedy krowy wyganiano na pastwisko, ziemia głucho dudniła, dźwięczały żelazne dzwonki,  wystarczyło, że zachwyciła się cielątkiem czy byczkiem – zwierzę w nocy zdychało. Kiedy więc szła, boso, w słomkowym kapeluszu, z koszykiem grzybów w dłoni, w miodowym słońcu przedpołudnia, chłopi zaganiali dobytek do chlewów i obór, żegnali się nabożnie znakiem krzyża a niektórzy spluwali za siebie. Babcia uśmiechała się wtedy tajemniczo i jakby z wyższością.
Nikt w okolicy nie odważyłby się podnieść na nią ręki, bo zawsze towarzyszyło jej kilka pszczół, które mieliły powietrze jak helikoptery. A pszczoły były przecież święte.
Uroczne oczy nie zabijały psów i ptaków. Kiedyś, podczas wichury z podniebnych topól spadło gniazdo z dwiema wystraszonymi sroczkami. Babcia zabrała je do domu, umieściła  w klatce, a potem karmiła wstrzykując w dziobki kroplomierzem mleko, wkładając palcami maleńkie paski mięsa i białego sera, a kiedy ptaki podrosły uczyła je latać. Stawiała ptaszki na gałęziach, oddalała się o metr i czekała aż przyfruną, żeby jej usiąść na ramionach. Zachwycony tymi próbami wujek Janek zmieniał się w wielkiego ptaka, machał ramionami i tłumaczył w ptasim języku o co chodzi. Kiedyś tak przejął się swoją rolą, że odfrunął i wrócił dopiero po tygodniu, w dodatku pijany… Tymczasem sroczki przynosiły nam srebrne łyżeczki, a nawet cumelek wyrwany z ust niemowlęcia.
Ludzie z Olszy garnęli się do babci, nazywając ją nabożnie Panią Doktorową. Była żoną słynnego lekarza ale i pielęgniarką na wojnie z bolszewikami, gdzie asystowała przy krwawych operacjach przeprowadzanych beznamiętnie przez dziadka – doktora wszech nauk lekarskich, dowódcy pociągu sanitarnego przemieszczającego się wzdłuż linii frontu.
Przez tę sławę pacjenci łomotali do nas od samego rana. Sąsiadka, której wpadł do oka owad, mleczarz Józek na przepłukanie ucha, skaleczony przez maszynę Banach, żeby założyć fachowo opatrunek i kilku innych sąsiadów z prawdziwymi lub urojonymi dolegliwościami. Kiedy babcia kończyła praktykę medyczną, kiedy siadaliśmy do obiadu – Helenka otwierała poczekalnię dla ciężej chorych, których przyjmował dziadek. Nasz dom był na poły kliniką, gdzie większość porad udzielano za Bóg zapłać.
We czwartki było jednak inaczej. We czwartki babcia świadczyła pomoc spirytualistyczną. Stawiała karty, a jej kabała zawsze w straszliwy sposób się sprawdzała. Ktoś miał umrzeć, stracić ojca, męża, zachorować, albo zniknąć na dziesięciolecia. Dlatego „pacjenci medialni” przychodzili po wróżbę tylko raz. I nigdy więcej nie wracali. Jeśli przyszłość nie przynosi nadziei – niech lepiej pozostanie okryta tajemnicą.
Babcia od dziecka miała prorocze sny. Wizje i przeczucia. Przed wojną uczestniczyła w seansach z udziałem słynnego medium Guzika, obserwowała wirujące stoliki i emanacje ektoplazmy, słuchała jak duchy przemawiały grobowym głosem z głębi mogił. Potem ujawniono, co prawda, że Guzik oszukiwał, ale czy to ważne  gdy chodzi o badanie spraw tajnych i niezgłębionych?
We czwartki, kiedy dziadek wychodził do szpitala, zbierało się u nas towarzystwo metampsychiczne, które przeprowadzało eksperymenty. Pierwszym, o którym słyszałem, była dematerializacja stołu dębowego w salonie i jego ponowna materializacja w gabinecie, o czym wiele opowiadał wujek Janek. - Medium o mały włos nie umarło z wysiłku! – dodawał z powagą. Kiedyś, ukryty w połach zasłon, śledziłem trans ciotki Rity. Babcia wprowadziła ją w stan hipnozy, trzymała za puls, a potem kazała szukać ukrytej wcześniej broszki. W tym czasie inni uczestnicy spotkania skupiali myśli na schowanym przedmiocie. Rita szła sztywna, wyprostowana, jakby połknęła kij. Żeby ją wybudzić, Helenka musiała chlusnąć w twarz szklanką wody.
Tamtego dnia do drzwi naszego domu zastukała prosta, wiejska kobieta. Była ubrana w strój wiśniowski, z koszem na plecach, w wielkiej chuście, a zawodziła tak, że trudno było zrozumieć o co chodzi. - Napijcie się wody – babcia zaproponowała trzeźwo. – Łoj pani, pani… zawodziła kobieta… pieniądze ukradli…
Z zawodzeń babiny można było zrozumieć, że jej mąż przywiózł z Ameryki  fortunę – 30 tysięcy dolarów. Schowali ten skarb, opakowany w plastikowy worek,  w szopie za legarem. Po kilku dniach pakunek zniknął. Chłop pił, a baba dała na mszę w kościele i przyszła po wsparcie do Dobrej Pani.
Babcia zadzwoniła do medium. Była to postać zwiewana, niemal przezroczysta, w kapeluszu i opuszczonej na twarz gęstej, czarnej woalce. Odzywała się rzadko. A czasem po prostu rozpływała w powietrzu pozostawiając tylko mocny zapach kalii, podobny do tego, jaki sączy się z kwiaciarni przy cmentarzu. Po wysłuchaniu sprawy wzięła obie kobiety za ręce tak, że utworzyły koło. Po chwili koło ruszyło i zaczęło się kręcić z niezwykłą prędkością. Uniosło się ponad ziemię i zatrzymało dopiero na wysokości sufitu. Spod woalki popłynął matowy, automatyczny głos: W czapce, maciejówce, w niebieskiej marynarce, niski, ma szramę na gębie… - To Krupiarz! – wykrzyknęła kobieta. Wszystkie trzy opadły miękko na dywan. – Idźcie od razu na milicję – poradziła babcia.
Sprawa wyjaśniła się po kilku dniach, kiedy kobieta z mężem przywieźli do nas pół cielaka z nielegalnego uboju. Pieniądze wywęszył rzeczywiście Krupiarz. Milicji nikt nie informował, bo posiadanie waluty było w tamtych czasach zakazane. Mężczyzna z kuzynami, uzbrojeni z kosy, noże i obrzyny najechali gospodarstwo złodzieja i szukali tak długo, aż znaleźli. A Krupiarz wylądował w klinice, gdzie zszywał go mój dziadek.


niedziela, 15 marca 2020

Lato katastrof


Złe rzeczy działy się tego roku na Olszy. Napawające grozą, a nawet przerażeniem.
W zagajniku koło torów kolejowych zaprowadził się Leszy. Początkowo nikt go nie widział, jednak posępna aura otaczająca serce lasku, gwałtownie zapadający mrok, szalone przeloty ptaków i nocne wycia: piski, śmiechy, budziły powszechne uczucie niepokoju. Pierwszą ofiarą ducha przyrody był pan Banach, który poszedł wyrzezać sobie w gaiku drewniane żerdki i wrócił okrwawiony, poturbowany, krzycząc – Leśny dziad, Leśny dziad…
Hrabia ostrzegał nas wszystkich, że ostatnio - z nieznanych przyczyn - las stał się czymś w rodzaju sanktuarium i nie należy do niego wchodzić: zrywać malin, poziomek, szukać pieczarek, no i w żadnym razie ścinać drzew, żeby nie drażnić Dziada. Odczytał nam też z ganku fragment uczonej księgi: „Wiele opowiadają chłopi o ich głosie, mają bowiem te duchy śpiewać bez słów, powodować zjawisko echa, krzyczeć donośnie, rżeć, śmiać się itp. Samotnym wędrowcom ukazują się niekiedy w postaci wilka, puchacza lub innego zwierzęcia; przybierają też kształt wichru (wiru powietrznego)” .
Nasz Leszy, według relacji jedynego świadka, był jednookim starcem, w kożuchu przepasanym rzemiennym pasem, z wielką poskręcaną brodą, o nienaturalnie białej twarzy. Jego pojawienie się rozpoczęło cały łańcuch zadziwiających i zagadkowych zdarzeń na Osiedlu Oficerskim.
Pewnego wieczora sąsiad Bober, który lubił spacerować w pobliżu lasku, dostał gwałtownego bólu żuchwy, tak dotkliwego, że nic nie widział, płakał wielkimi bobrzymi łzami i my dzieci, musieliśmy go zaprowadzić go do dentystki, ciotki Rity, która przyjmowała nielicznych pacjentów w swojej dworkowatej willi. Ciotka była osobą korpulentną i jak mówili „miała rękę do rwania”. Była to wielka dłoń, czerwona, wyposażona w żelazne szczypce, które przy powitaniu chowała zwykle za plecami. Uśmiechnęła się do Pana Bobra na powitanie podchodząc do niego tanecznym krokiem, poprosiła żeby otworzył usta, a kiedy to nastąpiło wdarła się cęgami w szczękę i trach… urwała ząb tuż przy nasadzie. Pan Bober o mały włos nie umarł z bólu i ze strachu, skręcił się w bok biały jak pergamin. Posłali mnie do kuchni po szklankę wody, żeby ocucić biedaka, tymczasem wuj usadowił pacjenta na starym, archaicznym fotelu z dermy, a ciotka Rita wyjęła z szafki kolekcję dłutek, jakby z warsztatu szewskiego i nucąc piosenki w przedwojennych filmów dźgała nieszczęsną żuchwę pana Bobera.
Była to scena kaźni, straszliwej tortury, przerywanej wątpliwymi popisami wokalnymi ciotki Rity. – La, la, la… łup! – La, la, la… Łup. Tymczasem wuj sprzymierzył się w zbrodniczej działalności z żoną i opasał swoimi ogromnymi ramionami pacjenta nie dając mu uciec. W pewnej chwili dłuto trafiło wreszcie w cel i ząb wyleciał na posadzkę, a za nim, fontanna zielonej ropy, która rozlała się po całym pokoju. Smród był straszny. Wujek zluzował chwyt. Ciotka przetarła czoło. Wtedy pan Bober został wystrzelony przedziwną energią z fotela wprost za okno, jak pilot  katapultujący się z samolotu. Usłyszeliśmy brzęk szkła z tłuczonej szklarni, a potem całą litanię strasznych przekleństw.
Późną nocą dziadek odwiózł pana Bobera swoim oplem olimpią do kliniki, gdzie przebywał przez kilka dni lecząc szczękę, pocięte nogi a przede wszystkim duszę, która ucierpiała wskutek szoku tak bardzo, że sąsiad w ogóle nie mógł dojść do siebie i podawano mu relanium. Podobno całymi godzinami wpatrywał się w ścianę i powtarzał, mieląc językiem: - O boze, co za jendza…. Dziadek, jako lekarz wojenny, wolał tych zdarzeń nie komentować, w końcu  Rita należała do rodziny, a że na stare lata lubiła sobie wypić, cóż zrobić? - Alkohol na polu walki zawsze wyzwalał brawurę – dowodził wuj Janek. – Jednak urwała mu pół podniebienia – żachnęła się Helenka… - W czasie okupacji Rita potrafiła rozłożyć stena w minutę – stanęła w obronie dentystki babcia, chociaż nie bardzo na temat.
Nam, dzieciom, tego złowrogiego lata także przytrafiały się straszne przygody. Najpierw brat, chcąc przepędzić Leszego z zagajnika, postanowił rozpalić przy torach wielkie ognisko, a potem podszedł i polewał po ogniu benzynę aż długi płonący język wpadł do flaszki wywołując straszną detonację. Szkło poraniło mu twarz i oko, trzeba było jechać do kliniki, skąd wrócił z obandażowaną głową. Cała winę zwalał na leśnego dziadka, który rzekomo miał wlać w ogień ropę naftową z blaszanki, ale nikt w to nie wierzył.
Wkrótce potem wybrałem się na łąki Fregiego po szczaw na ulubioną zupę Helenki. Szedłem wśród traw, ziół, ostów, łopianów i polnych kwiatów. Nad ich kielichami kołysały się opasłe, żółte pszczoły z naszej pasieki. Szedłem w słońce, zauroczony pięknem dnia, pełen radości i siły, jakie ofiarowuje tylko dzieciństwo. W pewnej chwili zobaczyłem mały dwupłatowy samolocik, który leciał nad ziemią w kierunku pasa startowego lotniska w Czyżynach. Zacząłem biec i nie zauważyłem świeżo założonego drutu kolczastego, który w jednej chwili przeciął mi twarz na pół. Przede mną stanęła czerwona ściana krwi. Czułem ból. Jakiś dziadek wziął mnie nagle za rękę i powoli zaprowadził na przystanek, skąd sąsiad Mieniek zawiózł mnie do kliniki przy ul. Kopernika. Ponieważ zabrakło znieczulenia lekarze szyli na żywca, a darłem się ponoć tak, że spłoszyłem dorożkarskie konie. Podobnie jak brat wróciłem do domu z twarzą białą od bandaży i okoliczni chłopcy śmiali się, że mam na gębie śmietanę. Sadzę, że człowiekiem, który mnie jako pierwszy ratował był Leszy z naszego zagajnika.
To jeszcze nie koniec tegorocznych nieszczęść. Pan Erazm z żółtego domu na końcu ulicy, gdzie kiedyś znaleźliśmy kenkartę z czasów drugiej wojny,  spadł z dachu i złamał nogę, krawiec Szymacha wygrał w totolotka i zapił się na śmierć, a sąsiada Mieńka odwieziono do izby wytrzeźwień. Podobno każdy z nich widział wcześniej Dziada. Było to złe lato – jak powiedziała babcia, a babcia wiedziała jak jest, bo o wszystkim mówiły jej pszczoły. W każdym razie Leszy zamieszkał u nas na stałe i dali mu radę dopiero robotnicy, którzy zrównali lasek spychaczami, ale to już inna, tragiczna historia.

sobota, 14 marca 2020

Wigilia


Raz do roku dziadek znów stawał się dzieckiem. Od świtu, ubrany w szare pumpki, białą koszulę, z ozdobnymi gumkami na łokciach, z wąską muszką pod szyją i małą wełnianą czapeczką na głowie, osadzał choinkę w żeliwnym trójnogu. Potem cierpliwie rozplątywał nieskończoną liczbę lampek i wołał nas do zawieszania pięknych, ręcznie malowanych baniek, które pamiętały jeszcze ubiegłe stulecie.
Tego dnia był ciepły. Pogodny. A nawet łagodny. Zapominał o swoich krwawych bataliach, placach opatrunkowych, świście kul i walce na bagnety. Tego dnia stawał się zwykłym, miłym, człowiekiem. I chociaż zawsze chcieliśmy wyjechać na święta w góry ustępowaliśmy ojcu, który ostrzegał z wyrzutem, że może to być ostatnia wigilia z seniorem rodu, który ma już 80… 90… 100... lat. Zostawaliśmy więc z litości, choć bez większej wiary, co wydawał się doceniać.
Już tydzień przed Wigilią w kuchni krzątały się kobiety.  Babcia i służąca Helena. W kolejnych dniach spieszyły z pomocą ciotka Greta, ciotka Ryfka, którą dziadek wziął na wychowanie z obozu w Płaszowie, kuzynka Asia… i inne, których nie pamiętam. W wielkich stalowych konwiach ustawionych w pralni lśniły żywe karpie, na haku w piwnicy jarzynowej kołysał się szary zając ustrzelony przez Dudusia Potockiego, w spiżarni wisiały pachnące szynki, aromatyczne kiełbasy, a czasem nawet stubarwne bażanty. Od rana robiono pasztet z dziczyzny, bigos, który na noc wstawiano do śniegu, kiszono barszcz, lepiono uszka, a  w dzień Wigilii Helenka skrobała ryby, kobiety kroiły sałatkę, babcia pilnowała tortu czekoladowego, a my oblizywaliśmy drewniane łyżki z czekoladą. Radosna krzątanina łączyła się z wyczekiwaniem na wydarzenie metafizyczne.
Najpierw musiały przelecieć komety. Na Olszy było ich wiele i każda posiadała piękny, bujny ogon – pełen światła, błyszczący na pół nieba brylantowym miałem confetti. Gwiazdy stały nisko – jasne i przejrzyste jak szlachetne kamienie. Największa była konstelacja Oriona, którą oglądaliśmy z wujkiem Jankiem przez wojskową lornetkę. Tymczasem komety pojawiały się i znikały, paradowały jak na święcie lotnictwa zmieniając szyk w powietrzu. Kiedyś, jedna z nich spadała na dach domu pana Mecha i o mały włos nie doszło do pożaru.
Wieczorem przychodzili goście. Rodzina, przyjaciele, żydzi, którzy przyjaźnili się z Ryfką i ciotką Gretą. Stali w salonie, w ciemnych garniturach i długich sukniach, opowiadali krótkie, zabawne historie. W tym czasie, jak spod ziemi, pod choinką pojawiały się stosy prezentów w pięknych, szeleszczących opakowaniach. Zawsze były wśród nich izraelskie bakalie z plastykowym harpunnikiem, które zjadaliśmy na koniec wieczerzy.
Gościem honorowym wieczoru był ksiądz Garłacz, proboszcz od św. Wojciecha, któremu gniła głowa i miał czerwone kółko na czaszce. Ksiądz najbardziej lubił czytać Scherlocka Holmesa i grać w karty. Talentów detektywa jednak nie miał, bo nie potrafił odkryć dlaczego w kościele śmierdzi kiszoną kapustą i dopiero strażacy znaleźli pod organami beczkę, którą ukisił kościelny. Ks. Garłacz kropił stół i nas wszystkich wodą święconą zapowiadając nadejście Bożej Dzieciny, o której niewieleśmy wiedzieli, tyle, że narodzona w żłobie, że przyszli pastuszkowie, że zwierzęta… Jakoś trudno było w to wszystko uwierzyć. A Helanka głośno wyrażała wątpliwość mówiąc: „Oj cemuz ten Pan Bóg tak mencył swego synka”?
Z racji wzrostu sadzano mnie na książce Medycyna Sądowa, w której odkryłem z czasem straszne rysunki i fotografie, a także opisy zboczeń seksualnych przedstawiających np. współżycie z pomnikami… Było to doświadczenie fascynujące i straszne – jak zabawa metalowymi cewnikami, lewatywą i zestawem narzędzi chirurgicznych dziadka. Kiedy walczyliśmy z bratem na skalpele mieliśmy pokrwawione twarze, po których wąskimi strużkami spływały krople krwi. Teraz już jednak siedziałem przy stole przystrojonym białym obrusem,  jodłą, pod ozdobną lampą, z której zwisał bukiet jemioły, siedziałem podparty na pięści, wsłuchany w trzask opłatków.
Gaszono światło. Przy blasku świec, osadzonych w rodowych lichtarzach babci, jedliśmy dymiący barszcz z uszkami pełnymi prawdziwków zbieranych specjalnie na Podlasiu, potem światła zapalano  i pojawiały się salaterki karpia. Dalej wspaniałe pierogi z kapustą. Kutia… A na koniec słynny czekoladowy tort, orzechy, suszone owoce…
Dziadek nieodmiennie kupował nam pod choinkę skarpetki, za co mieliśmy do niego sporo pretensji. Rodzice spisywali się lepiej. Dawali zabawki, książki. A raz nawet kolejkę piko – która wzbudziła wiele ekscytacji i zazdrości u dzieci z sąsiedztwa, choć nigdy nie udało się jej uruchomić, bo brakowało transformatora, a ojciec był zbyt leniwy, czy może nieporadny, żeby go nabyć w składnicy harcerskiej. Możliwe zresztą, że nawet gdyby kupił mityczny transformator i tak nie potrafiłby go podłączyć…
Na koniec w gwieździstą noc płynęły śpiewy. Anioły, które przytulały twarze do okien salonu uśmiechały się i machały srebrnymi skrzydłami w takt melodii, a ich wielkie błękitne oczy wyrażały radość. I było tak pięknie, że miękł również dziadek. Żartował, śmiał się, wspominał dawne czasy, kiedy wyrzucono go z gimnazjum za „brzydkie słowo wypowiedziane do spotkanej nad Sanem niewiasty”. Przez jeden dzień w ciągu roku stawał się zwykłym człowiekiem, to znaczy, że był jednak zdolny do miłości.

piątek, 13 marca 2020

Czarny bez



Bez był już czarny
wyprażony
w piekarnikach lata
w stygnącej krwi, cierpkiej jak ironia.
W pośpiechu rwałaś małe, ciemne kiście
nabrzmiałe ciepłem wczesnego wieczoru.
Choć światło gasło, jaskółki kreśliły smugi odrzutowców.
Słońce dochodziło teraz szybko i bez wstydu
gwałtownie postarzałe
czerwone na twarzy
uharowane jak robotnik, który zbiera narzędzia:
skowronki, pasikoniki, polne myszy, odblaski wody, poruszenia krzywych luster wiatru.
Stygnący upał ciągnął z trudem purpurowy płaszcz udręki Pańskiej.
Choć światło gasło, jaskółki kreśliły smugi odrzutowców.
Łapaliśmy ustami chwile
na gorących uczynkach
w pośpiechu
rwaliśmy ciemne kiście grzechu
speszeni słońcem i miłością –
późni kochankowie,
bezwstydnie spełnialiśmy ostatni toast.
Światło już gasło, a niebo tężało w fioletach
jak biskup połyskujący pierścieniem księżyca.

czwartek, 12 marca 2020

Ciotka Greta

Z bieżącej twórczości



Pozostały zakurzone fotografie, na których wygląda jak Greta Garbo, wachlarz, zjedzona przez mole sukienka, talerzyk meissen porcelain manufactory, srebrny nożyk do jabłka, kossaki, fałaty, malczewskie, portret męża artysta nieznany,  metalowa zabawka wieża Eiffla, pudła na kapelusze, zagracona szafa… Cenne rzeczy spakowane w kartony, wyjechały do krewnych, aby osłodzić im ból rozstania. Mnie pozostały wspomnienia. Suche jak róże herbaciane.
Ciotka Greta była miłośniczką salonów,  picia kawy wśród ciężkich kredensów. Na fortepianie steinway postawiła portrecik pianistki bukojemskiej, przyjęła szymborską, mrożka (zjadł pierogi ruskie, 12 sztuk z dokładką!), roleczek, otwinowskiego, macha, pendereckiego, stańkę, barana, rusinka, niezliczonych profesorów, którzy puszczali bąki po ciężkich obiadach pochrapując w ogrodowych leżakach, w miodowym świetle popołudni, gdy z nieba na siwe głowy spadały płatki popiołu.
Na zakończenie wieczorów Greta – aktorka w teatrze form doskonałych - dostawała brawa za historyjki z życia celebrytów, bo swojego życia nie miała.
Poetka ZS – zaprzecza: - Miała. Romansowała z pisarzem M. Spotykali się w Domu Literatów,  palili swoje listy… 
Czy były w nich wyznania? Stawiam raczej na barok. Błyski inteligencji, wzajemne uwodzenie erudycją, zimny seks. Choć kto wie? Może twórczość kochanka otworzyła przed nią eden złotych jabłek? 
Przeglądam drobiazgi pozostawione w szufladzie: pęk kluczy, fotografia zdradzanego męża, pudełko perfumowanych zapałek przywiezione z podróży do Paryża, satyryczne rysunki kochanka  jak żart albo uśmiech z Zaświatów.
Ciotka Greta była kobietą z tajemnicą, czego nie podejrzewałem.
Życie opadło z niej jak suknia  balowa. Osunęła się na podłogę comme il faut, grzecznie cicho, z bladym uśmiechem w kącikach warg. Przypominała różę, z której odpadł płatek.
Tak wyglądać po śmierci to prawdziwa sztuka!


Biała flaga

(Z bieżacej twórczości)

Liście już wyprażone
w piekarnikach lata
przyrumienione na złoto
obtoczone wiatrem
w delikatnej mgiełce października
umierają dostojnie
na miękkich kanapach trawników
okrążone gromnicami latarń
i księżyców

choć młodsze wciąż jeszcze szaleją na wietrze
radosną zielenią
nie poddają się smutkom i zwątpieniom
w tanecznym rozbawieniu
bo śmierć ciągle daleko…

Nocą
żelazne tanki mrozu
ciągną cicho po czarnych grudach
na gąsienicach lodu
zostawiając zwłoki liści
w zamarzniętych kałużach
pada ostatni jesienny stalingrad.

Przestawiam aparat fotograficzny na black & white
wychodzę posiwały z jesieni
smutniejszy o pamięć
unoszę dłonie w górę
żeby wywiesić w ogrodzie białą flagę.

środa, 11 marca 2020

Jesień (22)



Ciemne noce, ponure poranki, deszczowe dni, wieczorami do ogródka spadają mokre, gasnące kawałki gwiazd. Zazwyczaj, jeśli nie jest za zimno, zbieramy je do worków i składamy w piwnicy. To dzięki nim nasz dom wciąż jeszcze trwa – na przekór wichurze, porywającej wszystko wokół – ukorzeniony, zakotwiczony, obciążony balastem.
Pocieszamy się, że nie jesteśmy bezradni. Zapalamy ogniki papierosów, ogrzewamy dłonie. Przytupujemy! Wciąż powtarzamy te same rytualne gesty, które mają nas chronić przed wichurą, a kiedy mimowolnie serce ogarnie lęk, zaczynamy wyć i wówczas wychodzi na wierzch cała nasza atawistyczna natura.
Teraz wszystko jest w brązach, zieleniach i szarościach. Do tego mgła, która sunąc przed siebie, magicznie zaokrągla kształty – powoli ogarnia ogrodowe drzewa. Wlewa się oknami do domu, ściele nisko przy podłodze, pełznąc po schodach ku górze. Wszystko milknie. Zakneblowane ptaki siedzą w ciszy na czarnych gałęziach, znikając w białej poświacie. Zakneblowani ludzie siwieją. 
Łapiemy światło. Chwytamy mizerny, wątły promyk i okręcamy szczelnie wokół nadgarstków. Teraz można się już na nim zawiesić, żeby nie powiedzieć – oprzeć. Światło powoli przenika do naszych
serc. Wędruje w krwiobiegu. Rozchodzi się razem z ciepłem. Pyk, pyk, pyk… rośnie słupek serotoniny, depresja broni się jeszcze przez chwilę, gdzieś w głębi umysłu, ale potem spada kamieniem do żołądka, a my już wiemy, że damy radę!
Światło wyciąga nas z domu na ulicę, do kawiarni, gdzie właśnie przywieziono nowe czerwone wino. Pierwszy nos, drugi nos, trzeci nos, czwarty nos – pijemy, krople gładko spływają do żołądka i zatapiają depresję jak marzannę. Alkohol uderza w górę, paruje do mózgu, rozświetla neurony. Wnętrze jaśnieje jak neon. Światło stabilizuje się. Rozszczepia. Mięknie. I my też miękniemy, przy drugim kieliszku, myśląc już o cytrynowej tarcie, która, jak zawsze, świetnie się udała. Zewsząd bucha światło.